Cześć, Karolina się kłania. 

Pamiętam, że pewnego ranka, jadąc busem do szkoły uświadomiłam sobie, że podróżujących ze mną pasażerów można by podzielić na grupy. Taka socjologia autobusowa. Że wiecie, wchodzicie do środka komunikacji, rzucacie spojrzenie na osobę i ciach! Zdradzi się prędzej czy później taki delikwent  jakimś zachowaniem na podstawie, którego można zakwalifikować go do którejś z grup, które wyodrębniłam.  Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiałam? Nie wiem, bo już nudziło mnie podziwianie 3 rok z rzędu tych samych krajobrazów, bo nie miałam nic innego do roboty, a może dlatego, że niektóre z tych zachowań są rzeczywiście drażniące. 

I tak oto wyodrębniłam kilka grup pasażerów:
Zakupoholiczki - Są to zwykle kobiety, w średnim i późno średnim wieku, które przewożą ze sobą niezliczone ilości siatek wypełnionych po brzegi zakupami spożywczymi. I w sumie nie ma w tym nic złego. Chyba, że jest to dzień targowy i takie kobiety stanowią zdecydowaną większość pasażerów. W takiej sytuacji jeśli chcesz wysiąść na właściwym przystanku lepiej zacznij się przeciskać przez gąszcz plastikowych toreb jakieś 3 km przed nim. Dodatkową atrakcją szczególnie w ciepłe dni jest mieszanie się zapachów produktów
o charakterystycznych aromatach. Jeśli podróż jest bardzo nudna, zawsze można zagrać w zgaduj zgadula, co pani przed tobą kupiła dziś na obiad.
Najzabawniej jest jednak wtedy, gdy pakunki spoczywają na siedzeniu obok właścicielki, a ty musisz stać całą drogę po to, żeby siatki mogły odpocząć.


Gadatliwe przyczepy –  są to ludzie nader gadatliwi, którzy nie potrafią siedzieć cicho ani minuty. I tak oto, jeśli mają współtowarzysza podróży możesz dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, co u Janiny, a jak się trzyma Stanisław, bądź jeśli mamy tu do czynienia  z młodymi ludźmi to jak tam imprezka i w ogóle. Celem  takich ludzi jest ciągłe gadanie,  nawet kiedy już mają wysiadać to ciągle muszą jeszcze kłapać.  Tak jakby całe ich życie zależało od tego gadania. A co jeśli taka osoba nie ma akurat nikogo znajomego przy sobie? Żaden problem! A  bo o to zaraz znajdzie sobie kompana do rozmowy, tu nawiąże kontakt, tu zagada, a do kierowcy powie i już nawija.  Dopóki ja nie jestem rozmówcą wszystko jest okej.


         Zajmij tyły-  najczęściej młodzież, która ciągle myśli, że zajęcie miejsca z tyłu autobusu czy czego tam, czyni ich fajnymi ludźmi. Jest to przyzwyczajenie ze szkolnych wycieczek oczywiście, które praktykowane niemal codziennie utraciło na znaczeniu. Na tyłach zawsze jest najweselej i najgłośniej. Chyba jestem dziwna, ale nigdy nie zrozumiem fenomenu siedzenia z tyłu. Nie chwaląc się, ze dwa razy w  życiu zdarzyło mi się siedzieć podczas wycieczki szkolnej właśnie na tych najbardziej pożądanych miejscach i wcale frajda nie była większa, ale co ja tam wiem, ja jestem tylko sztywniarą, więc gdzie bym nie siedziała i tak bym się źle bawiła i tak.


        Młodzież- nie zmieszczę się do busa- wygląda to mniej więcej tak: na linii horyzontu pojawia się środek transportu z właściwą tabliczką, a tłum już ustawia się wzdłuż krawężnika, żeby zająć sobie odpowiednie miejsce. To znaczy, jak się ustawia wzdłuż krawężnika to jeszcze jest dobrze, ale jak już zaczyna wchodzić na jezdnię to wiedz, że robi się niebezpiecznie. Jak już nasz środek transportu się zatrzyma, będziesz tak sponiewierany jak nigdy.  Musisz mocno trzymać się na nogach, żeby nie upaść. Ja jako osoba o niskim wzroście i słabych zdolnościach psychomotorycznych doświadczyłam wiele okrucieństw ze strony dzikiego tłumu przeciskającego się przez wąskie wejścia do busa (nie mówiąc już o smyraniu puszkiem doszytym przy kapturach po twarzy). Ale nigdy nie ustępowałam bez walki. Oj nie. Zabawnie też bywało, jak kierowca zatrzymywał się w innym miejscu niż zwykle, wtedy cały tłum biegł za busem jak oszalały. Dokładnie tak jakby miało zabraknąć miejsc. Ale to wcale nie jest śmieszne, bo w piątki i tak zdarzało.  Wiecie, ja nie mówię, że mnie nigdy nie zależało na tym, żeby zająć miejsce siedzące, ale jestem za kulturalnym ustawieniem się w kolejkę, a nie tak samowolka, nie wiadomo co.


        Kulturalni - osoby te, kiedy są już zmuszone  dosiąść się  obok innego pasażera, bo wszystkie podwójne miejsca bądź pojedyncze są zajęte, pytają ‘’można?” albo ,,wolne?”. I uważam, że to jest urocze. Kiedyś nawet wyszukiwałam w wszechwiedzącym internecie jak zapatruje się na to savoire-vivre i z tego co pamiętam, to można tak robić, ale nie trzeba. Chyba, bo nie mogę już znaleźć tej strony.  Zazwyczaj praktykowałam tę metodę, chociaż kiedy chciałam zająć miejsce obok tego samego chłopaka 4 raz z rzędu i on za każdym razem pozwalał, (no bo co innego mógł zrobić?) to już siadałam cichutko, żeby go nie zirytować. I sobie tak myślę, że to pytanie jednak jest trochę bez sensu, no bo przecież nikt nie ma prawa nam powiedzieć, że nie, nie można ( chyba, że zapłacił za 2 miejsca) i wcale nawet nie trzeba chyba respektować tego zajmowania miejsca dla psiapsiów. 



I jestem ja, należę do każdej grupy po trochu, ale jednocześnie jestem pasażerem, który woli siadać na pojedynczym siedzeniu, żeby nikt nie mógł przerwać moich rozmyślań. W czasie podróży to moje ulubione zajęcie.  Czasem jeszcze, przyznam się szczerze, podsłuchiwałam ludzi, bo chciałam się dowiedzieć o czym rozmawia się w busie z dalekimi znajomymi, bo ja nie umiem w small talki, więc chciałam się czegoś nauczyć. 
No cóż, o podróżach autobusem można by pisać wiele, ale nie bierzcie tego do siebie. 
To tylko niedorzeczne dywagacje. 

Kojarzycie Gombrowicza? Tego od ,,Ferdydurke". Tak, to ta książka, o której co drugi tegoroczny maturzysta mówił, że jest głupia, bo jakiś tam 30 letni pisarz trafia znów do szkoły. Te wszystkie  gęby, maski, Józio i te sprawy. I właśnie to ugębianie jest w 99% prawdą( Zostawiam 1 % na ewenementy).


Wszyscy noszą maskę, chcą być postrzegani zgodnie z obowiązującymi standardami
i ideami. Jesteśmy schematami, pozbawionymi indywidualności. Ciągle przybieramy jakieś pozy chcąc uparcie pozbyć się tego co mamy najlepsze- siebie.
Wszyscy mamy g
ę i jesteśmy wkładani do worków. O tym do jakiego worka trafisz, decyduje rzeczywistość, która Cię otacza.  Ja i moi rówieśnicy jesteśmy generacją fejsa, Twittera i instagrama. Swoje życie zamykamy w krótkich hasztagach, dążymy do fejmu
i zabiegamy o follow od naszego idola. Jest co
ś niebezpiecznego w tym wszystkim. Marginalizujemy prawdziwe życie przenosząc je do internetu. My dziewczyny z 2 dekadyXXI wieku nie chcemy już wyglądać jak te kobiety z okładek kolorowych pism. My chcemy być jak tumblr girl, z idealnymi brwiami i białymi włosami, w podartych dżinsach. Chcemy mieć białe pokoje, bo super wychodzą na zdjęciach. Kupujemy rzeczy, które idealnie wyglądają na zdjęciach z filtrem. A spróbuj tylko nie podporządkować  się  tym regułom. Nie masz 400 followersow   na ig czy tt? Przykro mi, nie istniejesz.  Bo ilość nieznajomych znajomych na fejsie, którzy byli jeszcze namiastką realnego świata już dawno przestała wystarczać. Teraz musisz być ponad to.  Musisz intrygować nieznajomych ludzi z całego świata.  Żeby w ogóle ktoś się tobą zainteresował musisz, ciągle musisz. Mieć iPhone, dodawać popularne hasztagi,żeby zebrać serduszka, mieć  bloga modowego. I takim sposobem mamy już tylu modowych znawców, że selekcja naturalna sobie z tym nawet nie poradzi. Nie masz conversów, nie chodzisz co tydzień do galerii na zakupy? Nie masz konta na ig na którym dodajesz zdjęcia firmowych butów, nie masz czym snapować to nie masz o czym rozmawiać z rówieśnikami, żadnego punktu zaczepienia. Na imprezy chodzisz tylko po to, żeby móc zrobić zdjęcie, wstawić je na insta, na zakupy tylko po to, żeby przymierzyć mega drogą bluzkę, która tak na oko nie jest warta 1/3 swojej ceny i cyknąć fotę w przymierzalni. Ze znajomymi spotykasz się po to, żeby zrobić selfie. I jeśli nie robisz tego wszystkiego, no cóż, jesteś gorsza. Albo po prostu inna.  Tak, to  lepsze określenie. Jeśli nie chcesz się przyporządkować, to trudno, grasz sam w drużynie. Możesz to zrobić, ale jest ciężko. Niektóre zachowania przyjmujesz i tak mechanicznie.

A nawet jak już chcesz się  wyróżniać to i tak nie da rady.  Serio, sprawdzone info.  Złapałam się na tym, kiedy końcówki moich blond włosów (teraz już zżółkłych, w kilku odcieniach, z gigantycznymi odrostami) ubarwiłam pianką za dychę na niebiesko.  Kolorowe końcówki podobały mi się zanim było pełno inspirujących zdjęć  na tumblrze i pinterescie. I podobają mi się te moje włosy, ale poczułam się tak, jakbym zdradzała siebie.  Bo te końcówki wcale nie wyróżniają mnie aż tak z tego tłumu, wcale nie czyni mnie to oryginalną, bo już jest n liczba dziewczyn, które takie mają. Granica między inspiracją, a naśladownictwem, modą, a ślepym podążaniem jest cienka.


A wiesz co to jest monotonia i presja otoczenia? To jest wtedy, kiedy idziesz na  festyn i każda, serio każda laska ma idealnie wyprostowane włosy, dopasowane getry bądź rurki podkreślające jej tygodniami rzeźbioną ćwiczeniami z chodakowską figurę i oczywiście, must have bycia super -  sportowe, firmowe buty.  I koniecznie trzeba co 5 sekund poprawiać grzywkę. I widzisz, że ona jest w tym sztuczna, że wcale się nie czuje dobrze
w tym wydaniu, że gra i wykreowała kogoś kim nie jest, bo to widać.  I właśnie nosimy sobie takie maski. I ja to robię, i ty czytelniku też to robisz.
 No i jak widzisz takie laski to od razu wiesz,
że ona jest z tej generacji gdzie internet przeżywa największe boom.  I wcale to nie jest wina tych konkretnych dziewczyn. My jesteśmy ofiarami nowoczesności. I nie tylko my. Bo i nasi dziadkowie, i nasi rodzice, i starsze rodzeństwo też wychowywali się w jakimś środowisku, które narzuciło im sposób myślenia i wykreowało ich. To maszyna, która sama się  napędza. I rozchodzi mnie się o to, że ten Gombrowicz to jednak miał rację z tą gębą.  My nie jesteśmy tak w zupełności wolni. Jesteśmy cały czas pod wpływem, presją większości.  To błędne koło, z którego nie da się wyplątać. My nie jesteśmy sobą, nie jesteśmy swobodni w tym co robimy.  I nie myślicie, że ja stoję obok tego. Mam świadomość zniewolenia,  z którym nie mogę nic zrobić.  Nie mogę się temu poddać bo robiłabym to wbrew sobie, nie mogę też z tego wyjść.  

Nawet jeśli chodzi o bloga mam doła. Bo sama idea posiadania bloga jest modna, bo w dzisiejszych czasach należysz do grupy albo czytelników, albo blogerów.  
Bo chcę
żeby mój blog wyglądał tak jak blog X, czytam co zrobić żeby zwiększyć jego popularność i dochodzę do wniosku, że to przecież bez sensu, kiedy muszę podporządkować się do złotych zasad. Bo mój blog będzie 500 blogiem, który wygląda identycznie jak blog X, bądź poruszał tematykę jak X i ludziom się to może i będzie podobało, bo ludzie lubią to co modne, to co odpowiada większości. Niekoniecznie to co odpowiada im samym. Bo na potęgę chcemy być idealni, lubiani i tolerowani, zapominając, że najpiękniejsze w człowieku jest właśnie jego indywidualność. Tylko czy ona w ogóle istnieje? Czy to nie jest aby tylko abstrakcyjne pojęcie?


 A jak to pisał Gombrowicz: ,, Bo nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę. A przed człowiekiem schronić się można tylko w objęcia innego człowieka."

PS. Gorąca prośba. Nie chcę żebrać o komentarze, to nie tak. Po prostu, jeśli przeczytaliście to proszę, zostawcie jakiś ślad. Chciałabym wiedzieć, czy te wejścia nie są po prostu przypadkowe, które kończą się po 3 sekundach naciśnięciem krzyżyka w rogu :) 







Zdrowaśki na facebooku, udostępniania piosenki Gangu Albanii i wstawianie zdjęć ,, najukochańszej i najpiękniejszej kobiety na świecie” na instagramie czyli tegoroczna moda  na obchodzenie dnia matki na portalach social media.

O tym, że współcześnie ludzie nie lubią trzymać swojego życia prywatnego pod kluczem wiemy od czasu, gdy portal facebook stał się definicją i jedyną słuszną oznaką życia. Nie dziwne więc, że ludzie tak chętnie przenoszą każdą sferę swojego życia do świata internetowego. Jako, że dziś w Polsce obchodzimy dzień matki, dzieci nie zapomniały jak ważna jest rodzicielka i postanowiły zamanifestować swoją miłość do nich na portalach społecznościowych. 
Jak zaobserwowałam, cieszącym się trendem wśród moich znajomych jest dołączanie do wydarzenia ,, Zdrowaś za mamę”. Sama idea takiej akcji, nie jest może zła. Jestem osobą wierzącą i w moim przekonaniu modlitwa za kogoś czasem może być okazać się lepsza niż bezsensowny prezent kupiony na szybko w Tesco. Ale nie wiem no. Samo miejsce takiej akcji, którym jest facebook i któraś z kolei osoba dołączająca do tego wydarzenia wywołuje u mnie bliżej niezdefiniowane uczucia. W moich oczach wygląda to mniej więcej tak: ,, o patrzcie wszyscy, jestem taką kochającą córką, bo pomodlę się za swoją mamę, bierzcie ze mnie przykład”.  I jeśli rzeczywiście, chociaż jedna osoba wypełni to zadanie, to jestem w stanie zaakceptować cały ten pomysł.

Kolejnym świetnym pomysłem na uczczenie tego szczególnego dnia jest udostępnienie na  facebookowej tablicy piosenki pojawiającego się znikąd zespołu Gang Albanii- Dla prawdziwych dam. I może tekst refrenu dla, którego piosenka zostaje udostępniona  ,,Prawdziwa dama to twoja mama (..) Szanuj ją dzieciak do końca świata” jest jak najbardziej trafny, to nie da się ukryć, że wymowa całej piosenki jest dość, hm, kontrowersyjna? Pełno tam przekleństw i idę o zakład, że gdybyście zadedykowali swojej mamie, akurat ten utwór na antenie radia czy choćby włączyli jej go w domu, nie byłaby zachwycona.  Jest tyle innych, pięknych piosenek, które trafniej oddałyby uczucia do niej, ale  oczywiście przecież trzeba iść z duchem czasu.

Ostatni trend wydaje się być najbardziej ludzki. Polega on na wstawianiu zdjęć mam instagramowiczów. Ale  koniecznie z dopisem ,, Najkochańsza i najpiękniejsza kobieta na świecie”. Szkoda tylko, że większość z nas nie pamięta o tym co dzień.  Spokojnie, mnie też się to tyczy. Nie jestem przecież święta.

Przykre jest tylko to, że wszystkie te działania są robione dla mody, żeby pokazać jaki to jesteś cool i super, że pamiętasz o mamie. Ale przecież wasze mamy nawet nie zobaczą waszego,, starania”. No chyba, że przybiegniecie do nich z laptopem lub smartfonem i pokażecie, ze wzięliście udział w super akcji modlitwa za mamę, albo wstawiliście dla niej utwór, zakończony  trafną puentą ,,Tylko dla nich będzie nagroda/ A dla wszystkich ku*** sromotna kara”. Mama na pewno  doceni to wyróżnienie. Nie wiem, wydaje mi się, że o wiele milej by  jej było gdyby  ten czas, który spędziłeś na facebooku pokazując jak to pamiętasz o dniu matki, spędził z nią. Są elementy życia realnego tak wspaniałe i wyjątkowe, których po prostu nie wypada przenosić do świata internetowego. Ale w sumie, co ja tam wiem.  Ciekawe tylko jak w internecie będzie obchodzony dzień ojca. Jakieś pomysły?


Ludzie gadają ze sobą w taki sposób, że uważam to za kolosalną i przegiętą stratę czasu. Co tam? Jak tam? Zajebiście? Tylko tyle. Ja jak już gadam, to potem chciałabym o tym pomyśleć. Chciałabym, żeby wszystko było na maksa i takie prawdziwe. Może jakaś głupia jestem? Dlatego siedzę głównie w domu.— Katarzyna Nosowska

      Czy zastanawialiście się kiedyś ile słów dziennie wypowiada człowiek? Podobno kobiety 20 000 słów, a mężczyzna 7 tysięcy. Swoją drogą to ciekawe dlaczego mimo takiej ilości wypowiadanych słów kobiety ciągle nie potrafią powiedzieć wprost o co im chodzi. A teraz, przeanalizujcie jakość swoich rozmów i zastanówcie się jak sprawić, żeby te 20 czy 7 tysięcy dziennie było każdego dnia niesamowitym doświadczeniem.  Wypowiadamy setki słów, nieodpowiednio podobieranych w zestaw. Mieszamy rozmowy na tematy ważne, strasząc swojego rozmówcę wywołującym w głowie najczarniejsze scenariusze hasłem ,,musimy porozmawiać” z tymi błahymi.  Ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, w pędzie życia i codziennych obowiązków zatracili gdzieś zdolność do zastanawiania się nad istotą składników tworzących ich codzienność.  Prowadzą bezsensowne rozmowy przy śniadaniu i gazecie, bo boją się ciszy.
         Kto z nas nigdy nie usłyszał od rodzica ,, jak było w szkole” chyba nie zrozumie w jaki sposób rozmowa może być nudną i nieprzyjemną koniecznością. Każdego szkolnego dnia, musiałam odhaczyć tę formułkę z mamą, kiedy na pytanie ,,jak tam było w szkole” (wypowiadane codziennie tym samym tonem) szybko odpowiadałam ,,dobrze”, bo w sumie wiedziałam, że tak naprawdę żadnego rodzica, który w ten sposób pyta nie interesuje naprawdę czy jego dziecko udało się w niesamowitą podróż w przeszłość na lekcji historii, albo czy na lekcji chemii przypadkiem nie odkryliśmy żadnego nowego związku.  Bo w sumie co fascynującego mogło się stać? Oj, więcej niż można by przypuszczać.  O ileż mniej krępująco byłoby czasem, raz na jakiś czas inaczej sformułować pytanie, zadać je o innej porze, a czasem może nawet go nie zadać, żebyśmy mogli za nim zatęsknić. Teraz, kiedy skończyłam szkołę, zatęsknię za nim na pewno.
Zawsze miałam też problem z pytaniem ,, Co u Ciebie?” ( a jeszcze gorzej było z ,, Co u Cb?” bo tu już pojawiały się podwójne dylematy moralne). Z jednej strony to pytanie niemal tak obowiązkowe jak po przyjściu gościa ,,napijesz się czegoś?”, a z drugiej rzucane tak bezsensownie. Bo ja nigdy nie wiedziałam, czy mam się rozpisywać o moich uczuciach, tego co mnie dręczy, cieszy i czy mojego rozmówce naprawdę obchodzi co u mnie, czy lepiej krótko, zwięźle odpowiedzieć jak Anglik, że jest okej, chociażby świat nam walił się na głowę, bo zadać to pytanie po prostu wypada.  Zawsze wybierałam tę drugą formę, dlatego będąc świadoma jak wielce zakłopotana jestem wobec tego pytania, unikałam go jak tylko się da.
Nie potrafimy ze sobą rozmawiać. I nie chodzi tu tylko o savoire-vivre, czy nawet o  częstotliwość. Chodzi o jakość. Współcześnie (bo w sumie nie mam pojęcia jak rozmowy wyglądały dawniej, zanim przyszłam na ten świat, bo i niby skąd) rozmowy są jakieś jałowe. Jesteśmy egoistyczni .Zauważyłam, że jeśli samemu nie upomnisz się o wysłuchanie, nikt pierwszy nie zapyta czy wszystko w porządku, jak się miewasz.  Nawet w świecie rozmów musisz rozpychać się łokciami o odrobinę uwagi.  Dlatego człowiek jest taki samotny.  Bo nie potrafimy powiedzieć tego, co siedzi w nas głęboko, bo nie mamy komu, bo nikogo to nie obchodzi, bo zamiast porozmawiać o rzeczach naprawdę dla nas ważnych, wybieramy gadaninę o niczym. Powodów jest wiele.

 Nierozmawianie też może być irytujące. Wyobraźcie sobie osobę, z którą usilnie próbujecie nawiązać kontakty, bo jest wam bliska. I na każde usilne próby i starania ona nie przejmuje żadnej inicjatywy, żeby dać coś od siebie. Powiedzieć coś, co mogłoby dalej i dalej rozwinąć rozmowę. Po pewnym czasie takich nieudolnych starań po prostu odpuszczasz sobie mijając tę osobę bez słów, w milczeniu. Aż nadchodzi taki dzień, że role się zamieniają, tylko czasem jest już za późno. Wiecie, o kilka nieudanych rozmów za daleko.   
Ludzie rozmawiają na takie bezsensowne oklepane tematy, że wśród nich giną te naprawdę niesamowite  w których człowiek może dać całego siebie, siebie prawdziwego i to co ma najpiękniejsze w duszy.  Człowiek lubuje wkładać  rozmowy do specjalnych worków z tematami. Zamiast pozwolić sobie na wyzbycie się ograniczeń.  Ciągle wałkujemy te same tematy, zamiast na przykład pogadać o jabłkach. Bo dlaczego by nie? Czy temat owoców jest gorszy niż na przykład obgadanie nowego chłopaka sąsiadki? No właśnie, obgadywanie! Obgadywanie to kolejny problem. Oczywiście, nie będę udawać, że jestem święta i nigdy w życiu nie obgadywałam. Bo granica między obgadywaniem, a stwierdzaniem faktów, przekazywaniem o kimś informacji jest cienka.  Ale czasem ta forma wywlekania czyichś brudów zamiast zająć się własnymi jest drażniąca.
Ja potrzebuję rozmów twórczych. Nienawidzę gadaniny takiej, byle żeby tylko gadać. Dlatego najczęściej w takiej sytuacji po prostu milczę i biorą mnie za dziwaka. Ale jeśli naprawdę nie mamy nic sensownego do powiedzenia, naprawdę lepiej zachować milczenie, sprawdzone info. Osobiście, najbardziej wartościowe dla mnie są rozmowy, które mnie inspirują do refleksji, pytania wymagające ode mnie jakichś przemyśleń.  Ja lubię kiedy człowiek na końcu swojego zdania rzuca drugiemu linę, żeby mógł dać coś od siebie.
Rozmowy nie powinny być smutną koniecznością, ani żadnym wymogiem. Nie powinniśmy się bać tego, że czasem nie mamy na nie ochotę.Ogromnym błędem ludzi jest podtrzymywanie rozmowy na siłę. Przecież ona i tak do niczego nie doprowadzi. Nie bójmy się zatem ciszy i tego, że czasem po prostu nie mamy ochoty na rozmowę. Ale pomyślmy sobie, o ile lepiej byśmy się czuli, gdybyśmy mówili o tym co naprawdę czujemy, gdyby nasze tematy do rozmów były inspirujące i twórcze. 



Czas płynie coraz szybciej, a ja nie dostałam  żadnego potwierdzenia moich nieumiejętności. I egzamin zwany egzaminem dojrzałości zaraz dobiegnie końca, jeszcze tylko zawalę historię, może przebrnę przez angielski ostatkami sił. I już nie będę mogła wymijająco odpowiadać, a właściwie nie odpowiadać na pytanie mamy : ,,co dalej?". Bo ja tego sama nie wiem. Nie bardzo widzę siebie w roli studenciny, która przez 2/3 wykładu zastanawiać się będzie co właściwie tam robi, a przez resztę odliczać czas do końca. Tylko nie wiem czy do końca wykładu czy siebie.
Bo ja nie rozumiem tego usilnego dążenia ludzi, żeby być uzyskać tytuł magistra, inżyniera czy kogo tam jeszcze byle móc się pochwalić. A coraz częściej przekonuję się, że odbębnienie studiów wcale nie czyni z nikogo człowieka elokwentnego, który wcześniej kojarzył mi się z gronem uczonych, profesorów, którzy są autorytetem, mają własne twórcze poglądy. Są to coraz częściej ludzie prostaccy z papierkiem, którzy myślą, że posiadanie go daje im pełne prawo do patrzenia na wszystkich z góry, a ich zachowanie często jest gorsze od ,,prostych" ludzi.
I kiedy widzę te wszystkie posty moich rówieśników na portalu społecznościowym, którzy tak naprawdę  przez cały swój etap edukacji mieli naukę głęboko w poważaniu i nagle dostają jakiegoś bzika(żeby nie napisać pierdolca, bo ja wulgaryzmów nie używam, nie propaguję a nawet potępiam!) na punkcie wykształcenia ( a raczej studiów, jedno z drugim nie zawsze idzie w parze) to ja się naprawdę nie dziwię, że w Polsce jest jak jest, że owy  człowiek po ukończeniu szkoły wyższej nie ma gdzie znaleźć pracy i w ogóle jest tak źle, że lepiej od razu wyjedźmy wszyscy. Po prostu ja wychodzę z założenia, że nie wszyscy się do tego nadają i chyba czas się z tym pogodzić. A czytając te niezabawne już żarty o McDonaldzie jako przyszłym pracodawcy wszystkich wykształconych nie mam nawet siły się wkurzać. No bo jeśli jesteś człowiekiem, który z góry zakłada taki scenariusz to po co w ogóle zaczynać tę studencką przygodę i naciągać na stratę finansową rodziców?
W ogóle zauważam niepokojącą tendencję młodych ludzi do robienia z siebie kogoś kim się nie jest. Na siłę chcą zrobić z siebie elitę intelektualną. Bez urazy, ale jeśli ktoś pisze, że ledwo zdał maturę to ja się zastanawiam co dany osobnik szuka w  ogóle na studiach. Nie zrozumcie mnie też źle. Ja wcale nie potępiam studiów. Jeśli się naprawdę ma pasję to studia tylko zaprocentują, a później znalezienie pracy nie może być niemożliwe. Nie chcę też uchodzić za hipokrytkę, która tylko neguje, a pierwsza złoży podanie na studia! Cóż, wybrałam liceum, co nie było chyba do końca przemyślane, ale tak się stało i teraz czas na dalsze wybory. Ale na pewno nie mam parcia na studia. Z chęcią wybrałabym kurs, szkołę policealną. A z największą chęcią dowiedziałabym się co chcę robić w życiu żeby czuć się spełnioną.
Mam też dosyć ciągłej gadaniny o humanistach, którzy no bądź co bądź, lepiej dla nich żeby już popełnili samobójstwo, bo na tym świecie nie ma dla nich pracy. Bzdura. Jestem w stu procentach pewna, że humanista z pasją poradzi sobie lepiej na rynku pracy niż inżynier zrobiony na siłę. Więc jeśli masz duszę humanisty, jest super, pierś do przodu i mów o tym z dumą! Masz moją aprobatę!

Jeśli przeczyta tego posta ktoś, kto maturę ma jeszcze przed sobą (szczęśliwie zakładając, że przeczyta to ktokolwiek!), nie dajcie się zwariować i wmówić, że od ,,głupiego" egzaminu ( a swoją drogą, nie takiego głupiego, bo przecież od przyszłych i potencjalnych studentów wymaga się minimum wiedzy) zależy Wasza przyszłość. Bo nie zależy. Wasza przyszłość zależy od Was samych. Jeśli tylko macie pasję, wiecie co w życiu chcecie robić, prędzej czy później do tego dojdziecie. Z maturą czy bez niej (okej, no nie wszystko da się osiągnąć bez studiów). Jeśli nie teraz, można podejść za rok, dwa. Najważniejsze to nie dać się zwariować. Ze swojego doświadczenia powiem, że matura jest przereklamowana i nie taka straszna jak ją malują ;)


PS. Oficjalne podziękowanie dla kogoś kto wymyślił  automatyczne zapisywanie posta, mając świadomość, że takie cuda jaki blogi będę użytkowane przez totalne niezdary mojego pokroju.Tak, przypadkowo zamknęłam kartę po czym przez 10 sekund ani drgnęłam myśląc, że to uratuje posta. A jednak! Podziałało!

Nie lubię mody. Wszystko co popularne zabija indywidualność i różnorodność. Co nie znaczy, że nie chodzę w rurkach czy getrach.
Najbardziej jednak niezrozumiała jest dla mnie moda polityczna, a jak się przekonałam ostatnio
i  taka istnieje. Zewsząd docierają do nas narzekania na obecnych rządzących, a popularną sentencją ,,To wina ...." usprawiedliwialiśmy każde zjawisko. I dopóki robi to ktoś, kto  ma prawo żalić się na polityków i ich działania jest zrozumiałe, o tyle oskarżenia młodych, którzy ledwie odebrali dowód osobisty a już  bezmyślnie jak mantrę głoszą modne hasła irytuje mnie jak nic innego.
Mam wrażenie, że krytykowanie polityków weszło ludziom po prostu w nawyk.
W kampaniach wyborczych kandydaci na prezydenta prześcigają się w pomysłach na to jak wyżebrać głosy od narodu. Obiecują ile się da, za niedługo będą przyrzekali gwiazdki z nieba i  pracy dla każdego. I ja to rozumiem, takie prawo dżungli, reklama dźwignią handlu, a my przecież nie zagłosowalibyśmy na kogoś kto wprost powie, że i tak nic się nie zmieni, chociaż jeszcze się łudzimy i robimy sobie nadzieję, snując marzenia jakby to było pięknie, gdyby ziściły się te wszystkie obiecanki.
No, ale kiedy jak nie teraz wyjść do ludu i pokazać się jako dobry pan i ojciec w jednym. Także i moje miasto odwiedził jeden z kandydatów na prezydenta. Nie było mnie tam, ale XXI wiek i rozwój portali social media, a no i zapomniałabym, głupota moich rówieśników pozwoliła mi dostrzec na jakim poziomie obecnie jest przyszłość tego narodu. Otóż, na jednym z takich portali (wszyscy dobrze wiemy jakim) został udostępniony filmik na którym widać i słychać jak młodzież przywitała obecnego prezydenta. Słychać oczywiście gwizdy i okrzyki, których chyba sami nie rozumieli. Ja doskonale rozumiem, że można się nie zgadzać i być przeciwnym obecnym rządom. Ale manifestowanie swojego niezadowolenia w ten sposób jest dla mnie rodem z jaskini. To dla ludzi, którzy nie mając innych sposobów załatwiają wszystko krzykiem. A co więcej, byli to ludzie, którzy nie mają jeszcze tak naprawdę powodów żeby pałać nienawiścią. Oczywiście, można by tutaj dopatrzeć się pozytywów jakoby młodzież była zainteresowana polityką, ale nie dajcie się zwieść. Najwięcej do powiedzenia mają oczywiście Ci, którzy na lekcjach wosu i historii przysypiali i nie mają większego pojęcia o tym o czym mówią. Obawiam się też, że ich mózgi zostały zlasowane i stają się młodą armią innego kandydata, który jest  popularny w moich rówieśniczych kręgach.
Smutne jest to, że według nich to co zrobili, zasługuje na nagrodę, czują się chyba jakby spełnili swój obywatelski obowiązek. Mają poczucie, że znają całą prawdę bo oprócz oglądania, jak sądzą, stronniczej telewizji, czytają jeszcze informacje w internecie. Sądzą, że wiedzą więcej, nie mając pojęcia, że do takich jak my, nie dociera nawet ziarnko prawdy, a jedynie czysta manipulacja szarą masą. Ale widocznie działa.
I właśnie to jest moda. Moda na negowanie jednego, moda na drugiego.
Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że młodzi wyrażają swoje niezadowolenie, ale błagam, nie ma na to innej metody?
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Blogger templates