,,Poeci wyklęci, także poeci przeklęci  – termin będący określeniem grupy poetów, którzy stali się udziałem licznych skandali obyczajowych, ich twórczość literacka spotykała się zwykle z odrzuceniem współczesnych, po śmierci autorów stając się przedmiotem kultu.

Poeta wyklęty to poeta zbuntowany przeciw społeczeństwu, outsider przekraczający normy obyczajowe. Typowe elementy biografii poety wyklętego to nadużywanie bądź uzależnienie od alkoholu lub narkotyków, obłęd, popadanie w konflikty
z prawem, wczesna, często samobójcza śmierć."


 Kim jest artysta? W dzisiejszych czasach może to być grafik tworzący strony, albo architekt. Artystą będzie też nazywany fotograf, który robi zdjęcia klasowe czy legitymacyjne. Ale kim jest prawdziwy artysta? To osoba, która tworzy sztukę- to jasne. A o tym czym jest sztuka można by dywagować godzinami. Dla mnie sztuka to po prostu to, co wzbudza we mnie emocje, od pozytywnych, aż do  uczucia grozy, lęku czy strachu, dla mnie jest źródłem refleksji o otaczającym świecie. I nie ma znaczenia czy weźmiemy pod uwagę modernistyczną  koncepcję sztuka dla sztuki czy przeciwstawną  funkcję dydaktyczną.

Patrząc na dzieło jesteśmy w stanie wiele dowiedzieć się o psychice jego autora. To oczywiste, bo przecież one definiują, bo artyści wyrażają siebie przez sztukę. I tak, patrząc na dzieło Jana Matejki, powiemy, że jest on wybitnym artystą, a już na obrazy  Witkacego wielu ludzi patrzy z zakłopotaną miną, i jest to najłagodniejsza forma okazywania dezaprobaty.  Bo oprócz powiedzenia: nie wiem, nie rozumiem tego dzieła, nie wzbudza we mnie emocji” do czego mamy zupełne prawo, bo może nie patrzymy na świat jak jego autor, to ludzie mówią: a ten Schulz to chyba był nienormalny, albo: ciekawe co brał ten Kafka, żeby napisać coś takiego! Autentycznie, takie komentarze padały na lekcjach polskiego. Bo dla nas ktoś kto ma inne zdanie, inny pogląd na jakiś temat, jest po prostu nienormalny. A artyści? Artyści są po prostu niesamowicie wrażliwi, często nie mogą sami odnaleźć się w świecie. Ich dzieła nie zawsze są zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. Może Ci się nigdy nie udać poczuć tego co chciał przekazać autor. Może istnieje na świecie tylko kilka osób o podobnych doświadczeniach życiowych, które zrozumieją  co tak naprawdę czuł Schulz pisząc swoje opowiadania. Artyści to osoby, które patrzą na świat zupełnie inaczej niż przeciętny człowiek. Dla nich słońce, może nie być tym samym co dla mnie. Ale to oni często zwracają uwagę na tematy,
o których nie myślimy w ferworze codzienności. I oczywiście, że zdarzali się artyści, którzy mieli choroby psychiczne, albo popełniali samobójstwa. Jednak brało się to najczęściej z tego, co było też w nich wyjątkowe czyli wrażliwość.

Niektórzy artyści wiedli skandaliczne życie, inni tworzyli tylko skandaliczne dzieła.  Nie wiem jak Wy zapatrujecie się na to, ale właśnie dzieła tych najbardziej niezrozumianych artystów fascynują mnie. Lubię dosadny naturalizm w wierszu Charles’a Baudelaire ,,Padlina”, zachwyca mnie groza, którą budzą dzieła Zdzisława Beksińskiego, a czytając opowiadania Bruno Schulza zastanawiam się: jak wielką trzeba mieć wyobraźnię, żeby  napisać takie dzieło. 


 Witkiewicz Stanisław Ignacy


,, Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra
I z wnętrza larw czarne zastępy
Wypełzały ściekając z wolna jak ciecz gęsta
Na te rojące się strzępy."
Charles Baudelaire- ,,Padlina"


Zdzisław Beksiński źródło

Wspomnienia czasów mojego dzieciństwa najczęściej przywołują u mnie dźwięki i zapachy.
A ponieważ ciągle zachowuję się jak dziecko postanowiłam rozprawić się z duchami przeszłości.
Bo ilekroć zbiera mnie na wspomnienia, zawsze uświadamiam sobie ile jak już właściwie mam lat (19!). Postanowiłam w tym poście zebrać najważniejsze piosenki, które kojarzą mi się właśnie
 z moim dzieciństwem.
I tak jak książek nie należy oceniać po okładce, tak mnie nie oceniajcie po tym czego słuchałam.
Zapraszam w muzyczną podróż do mojej przeszłości(o rajciuniu, jak to brzmi?!). Może będzie miała jakieś wspólne miejsca z Waszymi podróżami?

Musicie wiedzieć, że całe zestawienie piosenek, które wywołują wspomnienia z dzieciństwa powinno należeć do pewnej piosenki z reklamy. Ale ponieważ jest to tak wspaniałe wspomnienie i jest bezcenne znajduje się poza rankingiem. Mianowicie jest to piosenka ,,wlazł kotek na płotek", która jednak zamiast typowego dokończenia miała zmienioną wersję z:  ,,(...)że taka piosenka nie długa" na :,,(...)że taka promocja, coś tam coś tam" (pewnie do głowy Wam przyszła ta niecenzuralna wersja! Nieładnie!). I tę oto wersję zaprezentowałam podczas zabawy choinkowej w konkursie.
Ja-biedne, nieśmiałe, Bogu ducha winne dziecko zostałam wepchana na scenę przez moją siostrę.
I pierwsze co przyszło mi do głowy, siedząc na kolanach Mikołaja to właśnie ta piosenka. Kiedy tylko przeszłam do najlepszej części piosenki, cała sala wybuchła śmiechem, chociaż w sumie nie wiem czemu, bo jak patrzę na to z perspektywy czasu, to to wcale nie było śmieszne, a ja wygrałam klocki. 




Darling- Letkiss 



Jest to ta piosenka, która co jakiś czas pojawia się znienacka w moim życiu, by tekst ,,dub dub dubi dubi dub" skutecznie mógł utkwić w mojej głowie na cały dzień. I szczerze przyznam, że z tej piosenki nic więcej nie kojarzyłam prócz tych chwytliwych słów i towarzyszącej im melodii. Dopiero dziś dowiedziałam się jak ta piosenka się w ogóle nazywa.



Vengaboys-  Boom Boom Boom I want you in my room


 


Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. No może tylko tyle, że wtedy nie rozumiałam słów tej piosenki, w ogóle chyba ignorowałam słowa prócz oczywiście boom,boom,boom, a te słowa nie wydawały mi się zbytnio podejrzane. A mówią, że dzisiejsza młodzież jest zdeprawowana.



Smerfne hity





No cóż, kiedy wpadłam na ślad smerfnych hitów na youtubie oniemiałam z radości. To jest kwintesencja mojego dzieciństwa! Nie chwaląc się, posiadałam na kasecie 3 części tychże hitów, więc powinnam mieć szacun na dzielni.


Ich troje




Nie zliczę ile tekstów piosenek tego zespołu znam. Począwszy od ,,A wszystko to, bo ciebie kocham", aż po ,,ding dong, spadł już śnieg". Jednak zdecydowanie moimi ulubionymi  utworami są ,,Za ten papieros" i ,, Miłość i zdrada". To byli prawdziwi artyści!



 

 Natalia Oreiro- Cambio dolor


 

Któż z nas nie śledził losów pięknej Milagros i Ivo? Nawet jeśli ktoś zaprzeczy, to i tak nie uwierzę. Nadmienię tylko, że moją ulubioną postacią zdecydowanie była Lina. Ach! I pamiętam, że ostatni odcinek miałam nagrany na kasecie VHS. Szkoda tylko, że magnetowid już nie działa. Za to są powtórki na Pulsie. Ale... to już nie to samo co kiedyś.


 

Yeti,Yeti w górach ma swój dom




Tak, tak. Teraz totalny odpał. Ale nic nie poradzę, że niedzielne przedpołudnia spędzaliśmy oglądając Disco Relax. Było to tak symboliczne jak rosół. 
Ps. Przesuńcie na 0:40. Ten ruch taneczny mam opanowany do perfekcji. I zastanawiam się tylko dlaczego, do jasnej anielki, nie wykorzystuję go na imprezach? a) bo nie chodzę na imprezy, b) bo jeśli już na nie idę to nie tańczę c) nie chcę zostać okrzyknięta królową parkietu. 
A więc: ,,Yeti, Yeti, w górach ma swój dom, Yeti,Yeti skąd on się tu wziął?!"

 Shazza- Bajao Bongo 



   

Udział w tym wspomnieniu znów ma magnetowid. Otóż, mieliśmy ( i nadal mamy chyba) wszystkie najfajniejsze piosenki Shazzy na kasecie VHS. I ja jako mała dziewczynka bardzo często ich słuchałam i oglądałam teledyski. W sumie, już wiem dlaczego czasem zachowuję się dziwnie.


 Modern Talking - You're my heart, you're my soul 








Tu nie ma się co rozpisywać, klasa sama w sobie. Po prostu jomaha, jomasol.

 Just 5- Kolorowe sny 







 

Powiem tylko, że Bartek Wrona był miłością mojej siostry. Ja kochałam tylko tę piosenkę. Chociaż... fajne  z nich ziomki.



A Wam jakie piosenki kojarzą się z dzieciństwem? 

Ps. Zapraszam na facebooka.

 

Centrum handlowe, niby miejsce, do którego przychodzisz zrobić zakupy, a jednak nie do końca. Mam wrażenie, że centrum handlowe powoli staje się centrum rozrywki. Oprócz zakupów w galerii możesz też iść do kina, zjeść coś, a nawet iść na imprezę.  Jest to też miejsce, które lubię i nie lubię jednocześnie. A dlaczego?



Zakochane pary

To jest numer jeden, dla którego nie lubię galerii. Uwierzcie (lub nie) w żadnym innym miejscu nie dopada mnie taki dół, że jestem singielką jak w galerii handlowej. Naprawdę. Idziesz sobie na zakupy a tu przed tobą, za tobą i obok ciebie pary trzymające się za ręce. A ja nie mam nikogo, kto płaciłby za moje zakupy i wszystko muszę kupować za swoje. I nikt nie podchwyci, że jeśli mówię: ,,ach, ta bluzka jest taka piękna, szkoda tylko, że taka droga”, to mówię to po coś. Facet czasem się domyśli i powie: ,,kochanie, jeśli tak bardzo ci się podoba, to ja ci ją kupię!’’, a ty mówisz:,, nie,nie, nie trzeba!" Chociaż w myślach masz co innego.  I czasem tylko żal mi tych panów, którzy udają, że ten sposób spędzania czasu jest dla nich satysfakcjonujący, ale przecież każdy jest kowalem swego losu, nie?


Bramki

Przyznajcie sami, że zawsze czujecie respekt, kiedy przechodzicie między tymi złowieszczymi, święcącymi światełkiem niepokoju, dwoma słupkami. Ja zawsze tak mam, szczególnie, kiedy wychodzę ze sklepu, w którym nic nie kupiłam. W głowie wtedy kotłują mi się tylko myśli: ,,Nie pikaj, proszę nie pikaj!” oraz: ,,Karolina, wyglądaj naturalnie, tak jak gdyby nigdy nic”. Bo wiecie, sam fakt, że przecież niczego nie ukradłam już nie wystarcza, żeby mnie uspokoić od kiedy,
w jednym z supermarketów  serce mi niemal zamarło na dźwięk pikających bramek. Ależ nie! Niczego nie ukradłam, po prostu mój portfel  chciał mi zrobić obciach. I zrobił.
Niby pikające bramki to już niemal codzienność i wcale nie muszą oznaczać przestępstwa, ale   szyderczy wzrok ludzi odwracających się na ten dźwięk może skutecznie zniechęcić do dalszych zakupów. 

Ilość sklepów

Tak, kto by pomyślał, że liczba sklepów może zniechęcić kobietę! No cóż nie jestem widocznie typową przedstawicielką płci pięknej. Zawsze obieram złą strategię. Wchodzę do moich ulubionych sklepów i jeśli znajdę coś co chciałabym kupić, zawsze mówię, że rozejrzę się jeszcze po innych sklepach, no bo przecież może tam znajdę coś fajniejszego, a  jeśli się tak nie stanie, to wrócę do danego sklepu. Jak możecie się domyślić nigdy nie wracam. 


Ceny

Nie będę ukrywać, jestem skąpa. Kiedy widzę ceny ubrań w sklepach w galerii to tracę wiarę
w ludzkość i świat i we wszystko. Szczególnie przerażają mnie ceny spodenek, które są porównywalne ( a czasem nawet droższe!) do ceny długich spodni. W rezultacie z galerii handlowych zwykle wychodzę z T-shirtami, bo tylko ich cenę jestem w stanie zaakceptować. Gdybym kupiła bluzkę za stówę, to przez kilka dni rozpaczałabym zamiast się cieszyć z nowego zakupu.



Ludzie 

No po prostu ludzie, tłumy ludzi. Szczególnie w niedzielę. Myślę, że statystyczna, polska rodzina spędza  co drugą niedzielę w centrum handlowym.  I zajmują miejsca na parkingu na ulubionych kolorach (to największa zbrodnia przeciwko Karolinie). I chodzą tak od sklepu do sklepu i robią kolejki do przymierzalni i w ogóle to nie lubię ludzi. 



Ale żebyście nie pomyśleli, że jestem malkontentką, są też powody, dla których do galerii czasem się udaję na przykład: kino w galerii, architektura galerii, zapach w Stradivariusie (który jednak po 10 minutach staje się uciążliwy), nuda ( a jako osoba nudna często się nudzę), sklepy, których nie ma w okolicy. Ale zawsze jednak towarzyszy mi myśl, że żebym naprawdę odczuwała satysfakcję z chodzenia do centrum handlowego, potrzebuję worka pieniędzy.



Link do facebook'a 

Kiedy patrzę na zdjęcie z kampanii reklamowej stworzonej przez Shiyang He na temat wpływu smartfonów na kontakty z ludźmi w świecie realnym od razu przychodzi mi do głowy moment z mojego życia, który często się powtarza. Wygląda to tak: po powrocie z dłuższej lub krótszej podróży, nie mając dostępu do internetu ,ledwo przekraczając próg domu, ja, moja siostra i jej chłopak od razu logujemy się do świata wirtualnego. I tak  siedzimy sobie w trójkę, w ciszy, każde w swoim świecie, przesuwając kciukiem po ekranach, które rozświetlają nasze twarze.  Siedzimy wtedy jak  zahipnotyzowani. 





Urządzenia mobilne bez wątpienia zrewolucjonizowały świat.  Komputery i telefony stawały się coraz mniejsze i mniejsze, po to, żebyśmy mogli z nich korzystać niemal wszędzie i żeby ułatwiały nasze życie . Smartfony dają nam teraz takie możliwości, o jakich naszym przodkom się nawet nie śniło.  A  przedsiębiorcy prześcigają się w jak największym wykorzystywaniu  tego fenomenu,  bo przecież  to możliwość pozyskania nowego klienta, a my…pogrążamy się coraz bardziej, zatracając się w świecie wirtualnym.  Bo czegóż to nie możemy załatwić z pomocą smartfona w każdym miejscu i o każdej porze? Przelewy, zakupy, a  do tego jeszcze zdradliwe portale społecznościowe, na których marnujemy tyle czasu. 
                Spróbujcie przypomnieć sobie jakiekolwiek spotkanie ze znajomymi w przeciągu roku. Impreza, zwykłe spotkanie nie ważne. Czy w tym czasie żadne z uczestników nie sięgnęło po smartfona, żeby choć na moment włączyć internet i sprawdzić co słychać w świecie? Jeżeli były takie spotkania  to gratulacje. Jednak rzeczywistość wygląda inaczej, szczególnie wśród młodych.  Niemal na każdej imprezie przychodzi taki moment, gdy sięgamy po telefon i przesuwamy kciukami po ekranach. Ba! Idziemy do kogoś i pytamy o hasło do wi-fi! Rozmawiamy z kimś w tak zwanym ,,realu”, a  w międzyczasie prowadzimy jeszcze dwie rozmowy na messengerze.
Pamiętam przerwy w szkole, kiedy siedzieliśmy sobie i każdy wyjmował telefony. I tak je sobie spędzaliśmy, a przecież powinno to wyglądać inaczej.  Bo mogliśmy rozmawiać, śmiać się, wygłupiać, ale jednak woleliśmy tkwić w smartfonowej rzeczywistości, zapominając jak słabo wychodzi nam życie w realnym świecie.  Bo im więcej jesteśmy wirtualnie, tym mniej w rzeczywistości. A przecież to realni ludzie przytulą nas, gdy mamy doła, a nie ci z internetu. Bo lepiej porozmawiać z przyjacielem niż kupować coś w tym czasie przez telefon.  Tylko, że koło się zamyka, gdy sięgasz po smartfona, kiedy zapada milczenie, bo nie wiesz jak je wypełnić.  Może czasem warto włączyć się do świata realnego.  

Problem wydaje się naprawdę spory, bo wczoraj chciałam wytrzymać jak najdłużej bez komputera i bez smartfona. I w końcu nie wytrzymałam.  Nowoczesność wymusza na nas tworzenie nowych definicji normalności. Normalnym staje się, że po przebudzeniu sprawdzamy portale społecznościowe, robimy zdjęcia jedzeniu czy przeglądamy  facebooka na randce. Korzystanie ze smartfonów przysłania nam cały świat, zapominamy o tym co ważne. I właśnie dlatego, Chińczycy wydzielili nawet pas na chodniku dla pieszych, korzystających równocześnie ze smartfonów. 

Dlatego mam dla Was zadanie. Przy śniadaniu zamiast przeglądać instagrama czy Twittera porozmawiaj z mamą, tatą, bratem, siostrą, mężem. Na spotkaniu z przyjacielem nie wyciągaj ani razu telefonu. A jeśli chcesz sprawdzić godzinę, weź po prostu zegarek. 
Cześć, Karolina się kłania! 
Jeszcze jakieś kilka lat temu, myślałam o sobie, że po prostu jestem dziwna, bo nie lubię wychodzić z domu, rozmawiać z ludźmi, a przebywanie z nimi za długo po prostu mnie męczy.
 I pewnie większość moich znajomych tak o mnie myślała. Teraz już wiem, że po prostu jestem introwertykiem.  Czy jest łatwo nim być? Nie. Czy ma to swoje plusy? Trochę tak.
 
Jak rozpoznać introwertyka? Bardzo łatwo, chociaż nikt nie wykazuje 100% typowych cech.
Ale na imprezie nie spotkasz go w środku najgłośniejszej grupki, żywo dyskutującego. Ale jeśli już się na nią uda, najprędzej będzie siedział gdzieś z boku obserwując wszystko dokoła.
Wolny czas najchętniej spędza w domu, bo tam, w samotności nabiera energii.  Introwertycy zwykle nie lubią small talków. Paplanie o pogodzie, to zdecydowanie coś co ich męczy. Ale za to mogą godzinami dyskutować na tematy ważne i interesujące ich.  Najłatwiej pracuje im się samym, wolą ciszę i spokój. Tylko w taki sposób udaje im się skupić.  Ale oprócz tego introwertycy bywają kreatywni, świat ich wyobrażeń jest niezwykle barwny, chociaż mają łatkę  gburowatych, no bo w grupce nie odzywają się, nie nawiązują rozmowy. Częściej słuchają niż mówią.
Tak, jestem introwertykiem, a w dodatku nieśmiałym introwertykiem. I gdyby nie to połączenie(które nie jest jednoznaczne) może nawet byłoby fajnie.  Chociaż dla znajomych jestem po prostu ‘noł lajfem’, który piątkowy wieczór woli spędzić w domu oglądając jakiś kolejny film. Jestem kimś kto potrafi przez cały dzień ograniczyć ilość wypowiadanych słów do koniecznego minimum, ale w momencie, gdy spotkam kogoś z kim można porozmawiać na interesujące tematy, nie mogę przestać mówić. W duszy wiele mi zalega, ale nie potrafię nikomu o tym powiedzieć.  Lubię samotność, chociaż bywa ona trudna. Bo to nie tak, że nie chcę być z ludźmi. Czasem naprawdę nie wiecie jak bardzo tęskni mi się do ludzi, ale muszę mieć pewność, że w momencie gdy będę już nimi zmęczona, będę mogła po prostu się od nich odpocząć. Czasem wszechobecność portali social media, wzbudza we mnie poczucie winy, że inni spędzają dnie na imprezach, nad jeziorem, na zabawie, a moim jedynym osiągnięciem jest obejrzenie wszystkich sezonów serialu.  Moimi obiektami westchnień są fikcyjne postaci z książek i filmów, a nie realni faceci. 
Introwertycy nie mają łatwego życia.  Są niezrozumiani. W końcu ciężko uwierzyć, że ktoś naprawdę woli zostać w domu, bo to lubi, a nie dlatego, że jest smutny.  Poza tym, w dzisiejszych czasach stawia się na pracę w grupie. Już od najmłodszych lat szkolnych, wpaja nam się do głowy, że trzeba umieć współpracować z innymi, a jeśli tego nie potrafisz.. .no cóż. Coś z Tobą nie tak. Ja za to wolę zrobić wszystko od początku do końca sama, tak jak chcę. Nie lubiłam żadnych kompromisów, bo zawsze (nieskromnie) uważałam, że moje pomysły są lepsze i nigdy nie chciałam z nich rezygnować tylko dlatego, żeby wszystkim się podobało. 
Żyjemy wśród ideału człowieka, który jest zabawny, błyskotliwy, towarzyski. No cóż, nie jest tajemnicą, że ludzie poszukują akceptacji.  A mnie jest oczywiście przykro, że ja nie potrafię nikogo rozśmieszyć, że nie jestem duszą towarzystwa i trudno mi uwierzyć, że mimo tego, że jestem nudziarą ktoś mnie za to lubi. Tym bardziej, że potrzebuję otaczać się właśnie swoim przeciwieństwem.  Dodatkowo zdecydowanie lepiej brzmię pisząc niż mówiąc. Przez co łapię się na tym, że czytam swoje rozmowy z  ludźmi i jestem zaskoczona, że napisałam to i to. I nie wyobrażam sobie siebie mówiącej takie rzeczy, które komuś napisałam. No chyba, że sobie wcześniej bym to przygotowała. I trochę boję się wtedy, że w którymś momencie nie jestem sobą, że gdzieś udaję.  Ale może teraz nadchodzi era introwertyków? Internet stwarza dobre warunki egzystowania dla takich ludzi. Mogą wyrażać swoje myśli, pisać, tworzyć w domowym zaciszu, a nawet pracować.  I jedyne czego bym chciała, to stać się dumnym introwertykiem i nie mieć wyrzutów sumienia z tego jaka nie jestem. 

Ale to tylko niedorzeczne dywagacje. 
Cześć, Karolina się kłania. 

Pamiętam, że pewnego ranka, jadąc busem do szkoły uświadomiłam sobie, że podróżujących ze mną pasażerów można by podzielić na grupy. Taka socjologia autobusowa. Że wiecie, wchodzicie do środka komunikacji, rzucacie spojrzenie na osobę i ciach! Zdradzi się prędzej czy później taki delikwent  jakimś zachowaniem na podstawie, którego można zakwalifikować go do którejś z grup, które wyodrębniłam.  Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiałam? Nie wiem, bo już nudziło mnie podziwianie 3 rok z rzędu tych samych krajobrazów, bo nie miałam nic innego do roboty, a może dlatego, że niektóre z tych zachowań są rzeczywiście drażniące. 

I tak oto wyodrębniłam kilka grup pasażerów:
Zakupoholiczki - Są to zwykle kobiety, w średnim i późno średnim wieku, które przewożą ze sobą niezliczone ilości siatek wypełnionych po brzegi zakupami spożywczymi. I w sumie nie ma w tym nic złego. Chyba, że jest to dzień targowy i takie kobiety stanowią zdecydowaną większość pasażerów. W takiej sytuacji jeśli chcesz wysiąść na właściwym przystanku lepiej zacznij się przeciskać przez gąszcz plastikowych toreb jakieś 3 km przed nim. Dodatkową atrakcją szczególnie w ciepłe dni jest mieszanie się zapachów produktów
o charakterystycznych aromatach. Jeśli podróż jest bardzo nudna, zawsze można zagrać w zgaduj zgadula, co pani przed tobą kupiła dziś na obiad.
Najzabawniej jest jednak wtedy, gdy pakunki spoczywają na siedzeniu obok właścicielki, a ty musisz stać całą drogę po to, żeby siatki mogły odpocząć.


Gadatliwe przyczepy –  są to ludzie nader gadatliwi, którzy nie potrafią siedzieć cicho ani minuty. I tak oto, jeśli mają współtowarzysza podróży możesz dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, co u Janiny, a jak się trzyma Stanisław, bądź jeśli mamy tu do czynienia  z młodymi ludźmi to jak tam imprezka i w ogóle. Celem  takich ludzi jest ciągłe gadanie,  nawet kiedy już mają wysiadać to ciągle muszą jeszcze kłapać.  Tak jakby całe ich życie zależało od tego gadania. A co jeśli taka osoba nie ma akurat nikogo znajomego przy sobie? Żaden problem! A  bo o to zaraz znajdzie sobie kompana do rozmowy, tu nawiąże kontakt, tu zagada, a do kierowcy powie i już nawija.  Dopóki ja nie jestem rozmówcą wszystko jest okej.


         Zajmij tyły-  najczęściej młodzież, która ciągle myśli, że zajęcie miejsca z tyłu autobusu czy czego tam, czyni ich fajnymi ludźmi. Jest to przyzwyczajenie ze szkolnych wycieczek oczywiście, które praktykowane niemal codziennie utraciło na znaczeniu. Na tyłach zawsze jest najweselej i najgłośniej. Chyba jestem dziwna, ale nigdy nie zrozumiem fenomenu siedzenia z tyłu. Nie chwaląc się, ze dwa razy w  życiu zdarzyło mi się siedzieć podczas wycieczki szkolnej właśnie na tych najbardziej pożądanych miejscach i wcale frajda nie była większa, ale co ja tam wiem, ja jestem tylko sztywniarą, więc gdzie bym nie siedziała i tak bym się źle bawiła i tak.


        Młodzież- nie zmieszczę się do busa- wygląda to mniej więcej tak: na linii horyzontu pojawia się środek transportu z właściwą tabliczką, a tłum już ustawia się wzdłuż krawężnika, żeby zająć sobie odpowiednie miejsce. To znaczy, jak się ustawia wzdłuż krawężnika to jeszcze jest dobrze, ale jak już zaczyna wchodzić na jezdnię to wiedz, że robi się niebezpiecznie. Jak już nasz środek transportu się zatrzyma, będziesz tak sponiewierany jak nigdy.  Musisz mocno trzymać się na nogach, żeby nie upaść. Ja jako osoba o niskim wzroście i słabych zdolnościach psychomotorycznych doświadczyłam wiele okrucieństw ze strony dzikiego tłumu przeciskającego się przez wąskie wejścia do busa (nie mówiąc już o smyraniu puszkiem doszytym przy kapturach po twarzy). Ale nigdy nie ustępowałam bez walki. Oj nie. Zabawnie też bywało, jak kierowca zatrzymywał się w innym miejscu niż zwykle, wtedy cały tłum biegł za busem jak oszalały. Dokładnie tak jakby miało zabraknąć miejsc. Ale to wcale nie jest śmieszne, bo w piątki i tak zdarzało.  Wiecie, ja nie mówię, że mnie nigdy nie zależało na tym, żeby zająć miejsce siedzące, ale jestem za kulturalnym ustawieniem się w kolejkę, a nie tak samowolka, nie wiadomo co.


        Kulturalni - osoby te, kiedy są już zmuszone  dosiąść się  obok innego pasażera, bo wszystkie podwójne miejsca bądź pojedyncze są zajęte, pytają ‘’można?” albo ,,wolne?”. I uważam, że to jest urocze. Kiedyś nawet wyszukiwałam w wszechwiedzącym internecie jak zapatruje się na to savoire-vivre i z tego co pamiętam, to można tak robić, ale nie trzeba. Chyba, bo nie mogę już znaleźć tej strony.  Zazwyczaj praktykowałam tę metodę, chociaż kiedy chciałam zająć miejsce obok tego samego chłopaka 4 raz z rzędu i on za każdym razem pozwalał, (no bo co innego mógł zrobić?) to już siadałam cichutko, żeby go nie zirytować. I sobie tak myślę, że to pytanie jednak jest trochę bez sensu, no bo przecież nikt nie ma prawa nam powiedzieć, że nie, nie można ( chyba, że zapłacił za 2 miejsca) i wcale nawet nie trzeba chyba respektować tego zajmowania miejsca dla psiapsiów. 



I jestem ja, należę do każdej grupy po trochu, ale jednocześnie jestem pasażerem, który woli siadać na pojedynczym siedzeniu, żeby nikt nie mógł przerwać moich rozmyślań. W czasie podróży to moje ulubione zajęcie.  Czasem jeszcze, przyznam się szczerze, podsłuchiwałam ludzi, bo chciałam się dowiedzieć o czym rozmawia się w busie z dalekimi znajomymi, bo ja nie umiem w small talki, więc chciałam się czegoś nauczyć. 
No cóż, o podróżach autobusem można by pisać wiele, ale nie bierzcie tego do siebie. 
To tylko niedorzeczne dywagacje. 

Kojarzycie Gombrowicza? Tego od ,,Ferdydurke". Tak, to ta książka, o której co drugi tegoroczny maturzysta mówił, że jest głupia, bo jakiś tam 30 letni pisarz trafia znów do szkoły. Te wszystkie  gęby, maski, Józio i te sprawy. I właśnie to ugębianie jest w 99% prawdą( Zostawiam 1 % na ewenementy).


Wszyscy noszą maskę, chcą być postrzegani zgodnie z obowiązującymi standardami
i ideami. Jesteśmy schematami, pozbawionymi indywidualności. Ciągle przybieramy jakieś pozy chcąc uparcie pozbyć się tego co mamy najlepsze- siebie.
Wszyscy mamy g
ę i jesteśmy wkładani do worków. O tym do jakiego worka trafisz, decyduje rzeczywistość, która Cię otacza.  Ja i moi rówieśnicy jesteśmy generacją fejsa, Twittera i instagrama. Swoje życie zamykamy w krótkich hasztagach, dążymy do fejmu
i zabiegamy o follow od naszego idola. Jest co
ś niebezpiecznego w tym wszystkim. Marginalizujemy prawdziwe życie przenosząc je do internetu. My dziewczyny z 2 dekadyXXI wieku nie chcemy już wyglądać jak te kobiety z okładek kolorowych pism. My chcemy być jak tumblr girl, z idealnymi brwiami i białymi włosami, w podartych dżinsach. Chcemy mieć białe pokoje, bo super wychodzą na zdjęciach. Kupujemy rzeczy, które idealnie wyglądają na zdjęciach z filtrem. A spróbuj tylko nie podporządkować  się  tym regułom. Nie masz 400 followersow   na ig czy tt? Przykro mi, nie istniejesz.  Bo ilość nieznajomych znajomych na fejsie, którzy byli jeszcze namiastką realnego świata już dawno przestała wystarczać. Teraz musisz być ponad to.  Musisz intrygować nieznajomych ludzi z całego świata.  Żeby w ogóle ktoś się tobą zainteresował musisz, ciągle musisz. Mieć iPhone, dodawać popularne hasztagi,żeby zebrać serduszka, mieć  bloga modowego. I takim sposobem mamy już tylu modowych znawców, że selekcja naturalna sobie z tym nawet nie poradzi. Nie masz conversów, nie chodzisz co tydzień do galerii na zakupy? Nie masz konta na ig na którym dodajesz zdjęcia firmowych butów, nie masz czym snapować to nie masz o czym rozmawiać z rówieśnikami, żadnego punktu zaczepienia. Na imprezy chodzisz tylko po to, żeby móc zrobić zdjęcie, wstawić je na insta, na zakupy tylko po to, żeby przymierzyć mega drogą bluzkę, która tak na oko nie jest warta 1/3 swojej ceny i cyknąć fotę w przymierzalni. Ze znajomymi spotykasz się po to, żeby zrobić selfie. I jeśli nie robisz tego wszystkiego, no cóż, jesteś gorsza. Albo po prostu inna.  Tak, to  lepsze określenie. Jeśli nie chcesz się przyporządkować, to trudno, grasz sam w drużynie. Możesz to zrobić, ale jest ciężko. Niektóre zachowania przyjmujesz i tak mechanicznie.

A nawet jak już chcesz się  wyróżniać to i tak nie da rady.  Serio, sprawdzone info.  Złapałam się na tym, kiedy końcówki moich blond włosów (teraz już zżółkłych, w kilku odcieniach, z gigantycznymi odrostami) ubarwiłam pianką za dychę na niebiesko.  Kolorowe końcówki podobały mi się zanim było pełno inspirujących zdjęć  na tumblrze i pinterescie. I podobają mi się te moje włosy, ale poczułam się tak, jakbym zdradzała siebie.  Bo te końcówki wcale nie wyróżniają mnie aż tak z tego tłumu, wcale nie czyni mnie to oryginalną, bo już jest n liczba dziewczyn, które takie mają. Granica między inspiracją, a naśladownictwem, modą, a ślepym podążaniem jest cienka.


A wiesz co to jest monotonia i presja otoczenia? To jest wtedy, kiedy idziesz na  festyn i każda, serio każda laska ma idealnie wyprostowane włosy, dopasowane getry bądź rurki podkreślające jej tygodniami rzeźbioną ćwiczeniami z chodakowską figurę i oczywiście, must have bycia super -  sportowe, firmowe buty.  I koniecznie trzeba co 5 sekund poprawiać grzywkę. I widzisz, że ona jest w tym sztuczna, że wcale się nie czuje dobrze
w tym wydaniu, że gra i wykreowała kogoś kim nie jest, bo to widać.  I właśnie nosimy sobie takie maski. I ja to robię, i ty czytelniku też to robisz.
 No i jak widzisz takie laski to od razu wiesz,
że ona jest z tej generacji gdzie internet przeżywa największe boom.  I wcale to nie jest wina tych konkretnych dziewczyn. My jesteśmy ofiarami nowoczesności. I nie tylko my. Bo i nasi dziadkowie, i nasi rodzice, i starsze rodzeństwo też wychowywali się w jakimś środowisku, które narzuciło im sposób myślenia i wykreowało ich. To maszyna, która sama się  napędza. I rozchodzi mnie się o to, że ten Gombrowicz to jednak miał rację z tą gębą.  My nie jesteśmy tak w zupełności wolni. Jesteśmy cały czas pod wpływem, presją większości.  To błędne koło, z którego nie da się wyplątać. My nie jesteśmy sobą, nie jesteśmy swobodni w tym co robimy.  I nie myślicie, że ja stoję obok tego. Mam świadomość zniewolenia,  z którym nie mogę nic zrobić.  Nie mogę się temu poddać bo robiłabym to wbrew sobie, nie mogę też z tego wyjść.  

Nawet jeśli chodzi o bloga mam doła. Bo sama idea posiadania bloga jest modna, bo w dzisiejszych czasach należysz do grupy albo czytelników, albo blogerów.  
Bo chcę
żeby mój blog wyglądał tak jak blog X, czytam co zrobić żeby zwiększyć jego popularność i dochodzę do wniosku, że to przecież bez sensu, kiedy muszę podporządkować się do złotych zasad. Bo mój blog będzie 500 blogiem, który wygląda identycznie jak blog X, bądź poruszał tematykę jak X i ludziom się to może i będzie podobało, bo ludzie lubią to co modne, to co odpowiada większości. Niekoniecznie to co odpowiada im samym. Bo na potęgę chcemy być idealni, lubiani i tolerowani, zapominając, że najpiękniejsze w człowieku jest właśnie jego indywidualność. Tylko czy ona w ogóle istnieje? Czy to nie jest aby tylko abstrakcyjne pojęcie?


 A jak to pisał Gombrowicz: ,, Bo nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę. A przed człowiekiem schronić się można tylko w objęcia innego człowieka."

PS. Gorąca prośba. Nie chcę żebrać o komentarze, to nie tak. Po prostu, jeśli przeczytaliście to proszę, zostawcie jakiś ślad. Chciałabym wiedzieć, czy te wejścia nie są po prostu przypadkowe, które kończą się po 3 sekundach naciśnięciem krzyżyka w rogu :) 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Blogger templates