Nowy cykl powstał po to, żebyście przestali mieć wyrzuty sumienia z powodu oglądania zbyt dużej ilości seriali. 
Ja osobiście lubię je oglądać. Z morałem, bez morału, idiotyczne i te całkiem życiowe.  Jestem typem człowieka, którego refleksje nachodzą nawet po wysłuchaniu najbardziej dennej piosenki disco polo. Więc nie mam też problemu z wyszukiwaniem przesłań z seriali. I chcę się nimi podzielić z wami, właśnie dziś, właśnie teraz.


Jeżeli nie oglądałeś/aś  serialu ,,Suits", to koniecznie musisz to nadrobić tak jak ja. Jeśli jednak nie macie na tyle wolnego czasu , żeby obejrzeć 4 i pół sezonu w przeciągu tygodnia, niech wystarczy wam moja notatka. Serial chociaż jest stricte prawniczy i połowy spraw nie rozumiałam ( wcale nie dlatego, że przez połowę czasu trwania odcinka zachwycałam się tym jak przystojny jest Harvey Specter), jest super. Opowiada o prawnikach korporacyjnych, a w szczególności dwóch… to znaczy w zasadzie jednym, bo ten drugi prawnikiem tak właściwie nie jest.  I cały sęk w tym, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Kiedy dwóch głównych bohaterów nie zajmuje się ukrywaniem tej tajemnicy, pracują nad niezwykle trudnymi sprawami albo zajmują się ratowaniem firmy przed atakiem czyhających za każdym rogiem hien. I tworzą całkiem niezły team.


Czego możesz nauczyć się z serialu ,,Suits"?

1. Nie buduj niczego na kłamstwie
      Chociaż z początku wydaje się, że to właśnie kłamstwo zapewniło głównemu bohaterowi- Mike’owi zmianę życia o 180 stopni, to w dalszych odcinkach widzimy, jak może szybko zakłócić spokój. Nie ma co kłamać, bo kłamstwo i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw. A nawet jak nie wyjdzie, to tak się trzeba namęczyć i nakombinować, żeby utrzymać je w tajemnicy, że po prostu nie warto.

2. Bądź pewny siebie
        Na czym polega fenomen Harveya Spectera? Czym różni się od innych prawników? Pewnością siebie. Ogromem, może i przerostem ego, ale w jego przypadku przynosi  to sukces. Harvey jest świadomy swojej wartości i wie, że wszystko zależy od niego. Nie od losu, nie od innych. A jego ulubionym powiedzeniem jest: "What are your choices when someone puts a gun to your head? You take the gun, or you pull out a bigger one. Or, you call their  bluff. Or, you do any one of a hundred and forty six other things.". 

3. Bądź lojalny
 Tak, w tym serial największym i najlepszym nauczycielem jest Harvey Specter. Kolejną rzeczą, którą można się od niego uczyć jest lojalność. Harvey wie, że możesz kogoś nie lubić, nie przepadać za nim, ale jeśli ktoś jest wobec ciebie lojalny, ty wobec niego też musisz. Dla niego w przyjaźni najważniejszą wartością jest lojalność.

4.Przysługa za przysługę
To nieco nieetyczna lekcja, ale w życiu trzeba sobie radzić przecież. Najważniejsze to mieć na kogoś haka. Nie no, dobra. Chociaż tak zostaje rozwiązanych większość spraw w serialu, to obróćmy to w nieco korzystniejszą radę: przysługa za przysługę. I to jest powód dla, którego miał byś pomóc drugiej osobie. Nie pytaj co będziesz miał z tego teraz, tylko pomyśl, że kiedyś ty też możesz potrzebować pomocy.

5. Dobry garnitur robi różnicę
 Kiedy pójdziesz załatwiać ważną sprawę  w kiepskim ubraniu, prawdopodobnie nie odniesiesz sukcesu, ale jak już ubierzesz się w ciuchy rodem z wielkich, paryskich domów mody to już co innego. A tak naprawdę. Jak chcesz żeby cię szanowali. Uszyj garnitur na miarę

.
a Wy oglądaliście kiedyś ten serial? A może się skusicie? :) 

Cały czas myślałam, że perfekcjonizm jest spoko. Że to przecież dobrze, że starasz się zrobić coś najlepiej jak tylko potrafisz. Od początku do końca. Że to właśnie tacy ludzie odnoszą sukces, kiedy robią wszystko porządnie.  A później czytając ,,Dżumę” Camusa zrozumiałam w czym tkwi problem ludzi z tą przypadłością. I zrozumiałam, że ja też cierpię.


Nie wiem czy przeczytaliście książkę ,,Dżuma" albo czy streszczenia były na tyle dokładne, żeby poświęcić wzmiankę o postaci Josepha Granda. Zwykły urzędnik, który uwaga, pisze powieść. Tak bardzo chce zachwycić swoich przyszłych czytelników, że ciągle poprawia pierwsze i jedyne zdanie, które udało mu się napisać. Ciągle robi poprawki, ciągle coś zmienia, żeby jeszcze ulepszyć swoje dzieło. Tak bardzo jest pochłonięty chęcią stworzenia wielkiego dzieła, że zapomina, iż w ten sposób nie jest w stanie ruszyć do przodu. Bardziej dobitnie ten problem przedstawiony jest w filmie ,,Whiplash”, gdzie mamy do czynienia ze skrajnym perfekcjonizmem.


Czym tak właściwie jest ten perfekcjonizm?
To postawa ludzi, którzy odczuwają potrzebę wykonywania wszystkiego na 100%. Inaczej nie będą zadowoleni z siebie.  Stawiają sobie wysokie cele, które czasem są ciężkie do osiągnięcia. Dbają o szczegóły, zapominając o istocie. Porównują się z innymi i czują się źle, kiedy ktoś osiągnie sukces. Nie chcą się przyznać do błędu, bo będzie to oznaka ich słabości.  Sprawdzają po kilkanaście razy czy aby na pewno wszystko dobrze zrobili. A nawet jeśli zrobili coś dobrze, woleliby to zrobić najlepiej. 
Kiedy już im się nie uda, czują się bezwartościowi. Lęk przed popełnieniem błędu działa na nich destrukcyjnie. 
Jeśli brzmi to znajomo, zapraszam na test

A później pomyślałam o sobie. O tym, że ilekroć siadałam z zamiarem napisania wypracowania na kolejny błahy szkolny temat, chciałam zrobić to najlepiej jak potrafię, jak tylko się da. Czy to coś złego? Ależ skąd. Tylko zawsze wtedy się zamykałam w schemacie: najpiękniej jak się da. Czułam się ograniczona i stłamszona myślami: przecież umiesz dobrze pisać, więc musisz zachwycić. W rezultacie zamiast czuć radość z pisania z tego, co w miarę mi wychodzi, czułam, że znów nie podołałam. Że kolejny raz ktoś dla kogo pisanie wcale nie jest ważne, zrobił to lepiej ode mnie, użył lepszego sformułowania, lepszego argumentu i zastanawiałam się, dlaczego ja na to nie wpadłam? Może dlatego, że ciągle zastanawiałam się jakich słów użyć, jak zachwycić, podczas gdy pomijałam to co najważniejsze.

Przypomniałam sobie te wszystkie chwile, kiedy rozpoczynając nową rzecz, miałam w głowie finalny obraz. Mnie, która odnosi sukces, jest w czymś dobra. A kiedy coś mi się nie udało od razu, myślałam, że jestem beznadziejna, że się do tego nie nadaję. Bo kiedy JA coś rozpoczynam, do czegoś się zabieram, muszę od razu to umieć, muszę od razu być najlepsza. Tak było z fotografią, pieczeniem i wszystkimi pasjami, które po pierwszych niepowodzeniach rzucałam. Bo ja nie mogę być przeciętna. I w rezultacie stałam się szarym człowiekiem bez pasji.  Pewnie z blogowaniem też tak będzie. 

Jest tyle rzeczy, których chciałabym spróbować w życiu, ale co jeśli się nie sprawdzę? Dlatego nie pójdę na kurs fotografii, szycia, nie pójdę na wspinaczkę. 

Kiedy mówiono mi, że za bardzo przejmuję się szkołą, nie wierzyłam. Przecież wcale nie zależało mi na ocenach, a to, że jestem przygotowana na każdy przedmiot to dlatego, że mi to łatwo przychodzi i ja tak chcę, a nie MUSZĘ. Dopiero później, czyli jakoś mniej więcej teraz zrozumiałam, że ja nie mogłam pozwolić sobie na chwilę oddechu. Ja nie mogłam olać woku czy ekonomii, chociaż do czego mi to było potrzebne? Nie, ja musiałam, ciągle musiałam być ponad. I chociaż mówiłam: nie, oceny nie są dla mnie ważne, to czasem czułam zazdrość, jak tylko ktoś dostał wyższą ocenę. 
A ile razy prace na zajęcia artystyczne robiłam na ostatnią chwilę tylko dlatego, żeby móc zwalić winę na niewystarczającą ilość czasu a nie na to, że po prostu nie mam umiejętności. Tak było zawsze. Ta presja, że musi wyjść dobrze skutecznie mnie zniechęcała i sprawiała, że odkładałam wszystko na później. 
Wszystkie decyzje, które muszę podjąć są przeanalizowane na wszystkie możliwe sposoby po czym i tak nie umiem wybrać najlepszej opcji, bo czegokolwiek bym nie wybrała okazuje się, że ta której nie wybrałam, byłaby lepsza. 

A teraz zdałam sobie sprawę o ile piękniej by się żyło bez całej tej presji, bez słowa ,,muszę" i myśli z tyłu głowy, że każdy mój ruch musi zaprocentować i zmienić się w sukces, że nie mogę być przeciętniakiem, że muszę być najlepsza.


Tak, jestem trochę perfekcjonistką i nie jest mi z tym dobrze. Więc uczę się żyć na nowo. Zamieniając ,,muszę” na ,,chcę”

Używanie wyszukanego słownictwa ma wiele korzyści. Z jednej strony możesz zaskoczyć znajomych i nauczycieli znajomością niebanalnych wyrazów, dzięki czemu masz +100 do elokwencji. Z drugiej strony, jeśli Twoim rozmówcą jest osoba, której z chęcią byś się pozbył i nie masz ochoty z nią dyskutować, wystarczy użyć kilku trudnych słów i voilà! Dlatego przedstawiam Wam listę 10 trudnych słów. Zabierajcie się do czytania!





1. Dywagować 

Nie bez powodu zaczęłam właśnie od tego słowa <patrz nagłówek i adres bloga>. Dywagować oznacza odbiegać od głównej myśli, tematu, wypowiadać się długo i rozwlekle. Często używany odnośnie do snucia refleksji i rozważań. 
Synonimy:  rozwodzić się, rozpisywać się, rozprawiać, odbiegać od tematu, długo opowiadać, pisać nie na temat, długie rozważania.



2. Populizm
Słowo, które wiąże się najczęściej z polityką i często wymawiane na kanałach informacyjnych przez ludzi z  tej grupy. Jest to postawa polegająca na głoszeniu idei i poglądów zgodnych z oczekiwaniami społeczeństwa w celu uzyskania poparcia. 



3. Cynizm
Najczęściej słyszane w serialach, często w postaci: ,, nie bądź cyniczny!". Cynik to osoba podważająca wyższe wartości i normy, która wątpi w altruistyczne motywy postępowania.
Synonim: szyderstwo, uszczypliwość, złośliwość. 



4. Prokrastynacja
To po prostu leniuchowanie i odkładanie wszystkiego na później ujęte w ładne i naukowe pojęcie. Uwaga! Od niedawna uznana za zaburzenie psychiczne, ale bądźmy szczerzy, czasem każdego to dopada.



5. Ambiwalencja
Jest to jednoczesne występowanie pozytywnych i negatywnych odczuć w stosunku do jakiegoś obiektu lub osoby. Ja jestem ambiwalentna w stosunku do niedzieli. Z jednej strony jest fajna, bo to wolny dzień, a z drugiej stron wyczuwam nadejście poniedziałku. I o ile w wakacje nie sprawia mi to problemu to w rok szkolny owszem. 
Synonim: niejednoznaczność


6. Eudajmonizm
Tego słowa to nawet ja nie znałam, a co więcej nawet nie potrafię go wymówić, tym  bardziej musiało się tu pojawić. A więc zapamiętać: eudajmonizm to pogląd, według którego najwyższym celem życia jest osiągnięcie szczęścia. Chyba jestem eudajmonistą. 



7. Konformizm
To kolejne zagadnienie z działu psychologii. Właśnie szczególnie je lubię, bo zwykłe zachowania ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień, (nie z ludźmi tylko z zachowaniami!) są tak ładnie nazwane, jednym słowem. Z tym wyrazem pierwszy raz spotkałam się przy okazji omawiania ,,Tanga" na lekcji polskiego. Konformista to człowiek, który bezkrytycznie podporządkowuje się poglądom i zasadom, które obowiązują w danej społeczności. Często popiera tę grupę, która akurat ma przewagę nad innymi. Z ty wyrazem powiązane są: nonkonformizm i antykonformizm. 
Synonim: uległość, oportunizm, ulegający wpływom. 


8. Pejoratywny
 A tu bez zbędnych dywagacji pejoratywny to po prostu słowo o negatywnym znaczeniu



9. Spolegliwy
Może nie jest to trudne słowo, ale jak dla mnie dość zaskakujące w znaczeniu. Bo spolegliwy wcale nie oznacza, jakby się wydawało osobę, która jest uległa (choć potocznie już powoli tę wersję się przyjmuje), ale osobę na której, można zawsze polegać i wzbudzającą zaufanie.


10. Perorować  
Oznacza wygłaszanie długiej mowy z pouczeniem. Czyli to każda przemowa mamy na temat: dlaczego nie wolno kłaść zbyt wielu naczyń na suszarce. 






,,Wychodzę choć nie chcę spojrzeć na
Chemiczny świat."

Kiedy uliczny gwar już przycicha, a świat spowija się ciemnością, każdego z nas czasem dopadają mroki myśli. Przychodzą niespodziewanie i chwytają mocno za serce, umysł, nasze wspomnienia i wszystko co ma dla nas wartość. Są mocne i znacznie silniejsze niż za dnia, bo nasze zmysły się wyczulają. Powodują ucisk w sercu, bezsenność i próbują wycisnąć z ciebie łzy. Po co one przychodzą? Mają nas złamać? Nie, przecież one są w nas cały czas. Towarzyszą nam w drodze do pracy, szkoły, na imprezie, na zakupach, ale spychamy je na boczny tor, bo bieżące wydarzenia współzawodniczą o nadanie statusu priorytetu. Może to i lepiej, inaczej zwariowalibyśmy ,kwestionując, czy aby jedzenie śniadań czy picie kaw ma jakiekolwiek znaczenie w obliczu ulotności. 

Ja wiem, że ty też masz takie chwile. Kiedy leżąc w łóżku w sytuacji, którą niemal nieustannie powtarzasz od lat, nagle coś dzieje się inaczej.  Niespodziewanie dopada Cię myśl, czasem wraz z nią wypełnia cię poczucie lęku. Tylko że ludzie mówią na to zwykle: nie mogłem spać. Bezsenność bierze się z myślenia. Twoją głowę wypełniają różne myśli, a sen schodzi na dalszy plan. W ogóle nocą wszystko toczy się inaczej. Rozmowy są szczersze, marzenia realniejsze, a lęki silniejsze. 

I ja też mam takie chwile. A kiedy bezsenne noce przestały mnie przerażać, polubiłam  patrzeć na gwiazdy i wyobrażać sobie, że te moje chwile to kadr z filmu. A tym filmem chciałabym się móc z kimś podzielić, opowiedzieć, podzielić się swoimi myślami. Bo to oznaczałoby dać siebie. Powiedzieć to, co czujesz, to co myślisz, czego się boisz i pragniesz. To intymniejsza rzecz niż w sensie cielesnym. Gdyby ktoś powiedział: ,,daj mi siebie, chcę cię'' to wtedy, zamiast oddać mu swoje ciało, oddaj mu swoje myśli. Wszystkie. Ja zabrałabym go na polanę i powiedziała  to wszystko, co dopada mnie nocą z częstymi przerwami na płacz, którego wyjątkowo bym nie tłumiła. 



Dlatego noce są zbyt piękne, żeby je przesypiać.

Wrzesień. Nowy rok szkolny. A wraz z nim setki, tysiące, dziesiątki tysięcy uczniów, których łączy jedno słowo przyprawiające o przyspieszony puls i zimny pot: MATURA. Egzamin, który w ciągu całego szkolnego życia, raz po raz przewijał się w najgorszych koszmarach i godzinnych (no dobra, pięciominutowych) kazaniach nauczycieli o negatywnym, końcowym rezultacie nieuctwa. Dla jednych przepustka do lepszego życia, dla drugich wojna, z której mogą nie wyjść cało. Korzystając ze swojego doświadczenia, które nabyłam w zeszłym roku szkolnym (moim ostatnim- sad:( ), przedstawiam Wam porady: JAK MIEĆ MATURĘ I NIE ZWARIOWAĆ. 





1. Zacznij się uczyć z odpowiednim wyprzedzeniem.
Przede wszystkim przestań się łudzić, że przygotowania do egzaminu zaczniesz już we wrześniu. Nie ma sensu niepotrzebnie obarczać się poczuciem winy i katować wyrzutami sumienia. Zapewniam Cię, że na głowie będziesz miał tysiące innych problemów takich jak: studniówka, studniówka,  jeszcze raz studniówka, globalne ocieplenie i głód na świecie. Nie mniej jednak, warto sprawdzić terminarz, kiedy nastąpi sądny dzień i wyznaczyć w kalendarzu odpowiednią datę zaznaczoną na czerwono z napisem: deadline. Wtedy to grzecznie bierzesz książki i zakuwasz. I nie ma, że boli. Najlepszym czasem zwykle są: ,,po studniówce", ferie, albo na przykład tydzień przed maturą.

2. Pokazuj innym swoje postępy
Przeczytałeś pierwsze zdanie podręcznika? Zaznajomiłeś się z datą wydania Twojego nowego przyjaciela- vademecum? Świetnie! Pamiętaj, żeby wrzucić na instagrama zdjęcie repetytorium, bądź innego atrybutu maturzysty pokazując, jak ciężko się uczysz. Nie możesz zapomnieć o stosownych hasztagach: #maturatobzdura, #study, #takbardzosieniechce, #nauka, #exam. W ten sposób na pewno zmobilizujesz do nauki niejednego kolegę.

3.Koncentracja
Kiedy już poczujesz w sobie tę moc ( stosowne jest zanucenie w tym momencie tej piosenki) i będziesz miał zamiar się pouczyć, pozbądź się rozpraszaczy. Posprzątaj dom, umyj okna w całym mieszkaniu, pomaluj ściany i koniecznie zrób porządek w mejlach. Wszystko zrobione? Teraz już śmiało możesz  się iść uczyć, będąc pewnym, że nic Cię już nie rozproszy. No, chyba że nowy kolor ścian będzie tak niesamowity, że będziesz się w niego cały czas wpatrywał. 

4.  Mam maturę, mam prawo!
Mama prosi Cię o zrobienie zakupów? Powiedz, że w tym roku masz maturę. Tata chce, żebyś pomógł mu posprzątać garaż? Ok, ale masz tyle nauki i jeśli chcecie mieć czysty garaż za cenę niezdanej matury to proszę bardzo!
Nigdy nie będziesz bardziej pobłażliwie traktowany w obowiązkach domowych jak w klasie maturalnej, więc wykorzystaj to!

5.Czas na relaks
Zakuwasz już od kwadransa? To oczywiste, że należy Ci się przerwa. Pamiętaj, że nie samą nauką żyje człowiek. Świat nie runie, jeśli pójdziesz na imprezę w piątek, sobotę i niedzielę. 

6. Trochę sportu
Pamiętaj, żeby pomiędzy nauką robić przerwy na aktywność fizyczną. Godzina nauki, maraton, triathlon, medal na igrzyskach olimpijskich i znów można wrócić do podręczników. 

7. Odpowiednie odżywianie i nawodnienie.
W okresie wzmożonego wysiłku intelektualnego młody organizm potrzebuje dostatecznej ilości witamin i w ogóle jedzenia, dużo, dużo. Ponieważ wielce prawdopodobne jest, że już po 5 minutach nauki zrobisz się głodny, albo będzie Ci się chciało pić, zaopatrz się ulubione dania i przekąski: pizza, chipsy, żelki, frytki, kebab, cola i jedno jabłko. Pamiętaj, żeby nie przesadzać z owocami, bo  nadmierna ilość fruktozy może szkodzić. 

8. Spokój
Do matury został jednej dzień, a ty ciągle jeszcze nie zacząłeś się uczyć? Daj spokój i tak już nic nie zrobisz. Po prostu wrzuć na luz. 


Tak na serio: matura jest przereklamowana i nie ma sensu się nią aż tak bardzo przejmować :)
A jakie Wy mieliście/ macie sposoby, żeby przetrwać klasę maturalną? 
Przepraszam wszystkich stałych czytelników, których nie mam za długą, nieuzasadnioną nieobecność, której przyczyną jest słabość psychiczna i tak zwany słomiany zapał, powątpiewanie w sens i ogólne problemy natury egzystencjalnej, ale cóż. Jestem tylko człowiekiem.  A tak naprawdę chcę się ukorzyć i odkupić winy za swoją niesystematyczność. Ale spokojnie, już wracam z nową dawką swoich niedorzecznych dywagacji.




Kiedyś miałam super rozmówcę. Rozmówcę dzięki, któremu poznawałam wiele nowych słów, takich, które pozornie zwiększają elokwencję. I on, kiedyś pokazał, że moją przypadłość ,,nie lubię ludzi” da się fachowo nazwać. Powiedział mi, że jestem mizantropem. A ja oczywiście szybciutko wygooglowałam co to słowo znaczy, bo mimo, że słów typu ku i hu (albo chu) nie używam, to mój zasób słownictwa nie jest tak bogaty. I wtedy uwierzyłam, że jest na świecie więcej ludzi, którzy nie lubią ludzi skoro ktoś to tak fachowo i ładnie nazwał. Ale ironia, ludzie nie lubią ludzi.
                I faktycznie, kiedyś na soup dodałam fajny cytat Charlesa Bukowskiego (bo ja bardzo lubię fajne cytaty):

  -No to co się stało?

– Nie lubię ludzi.

– Myślisz, że to jest w porządku?

– Pewnie nie.

– A zaprosisz mnie któregoś wieczoru do kina?

– Może.
I wiecie co? Ten cytat to najczęściej reblogowany cytat na moim profilu. I to wcale nie dowodzi tego, że dodaję słabe cytaty ( okej, czasem cytuję samą siebie), ale tego, że coś jednak w tej naturze ludzkiej jest, co nas w niej odpycha.  
I tak na przykład ja. Moje problemy z kontaktami z ludźmi wynikają z tego, że są oni po prostu ludźmi. A mnie się ciągle wydawało, że są kimś więcej. Więc jeśli mam się otaczać grupą ludzi, którzy zbytnio emanują swoim ,,człowieczeństwem” to wolę otaczać się garstką ludzi, którzy są w porządku.  Tak, tych ludzi nazywam ,, w porządku”  bo jak każdy popełniają błędy, ale zasługują by przymykać na nie oczy.
 A to, że nie lubię siebie, też wynika z natury, z tego, że jestem tylko człowiekiem. A chciałabym być kimś więcej. Czasem bywam nieszczera, często rządzi mną zazdrość, czasem kogoś oceniam, chociaż sama nie chciałabym być oceniana, czasem mnie ktoś wkurzy, więc go obgadam. I chcę z tym walczyć, ale jak każdego nachodzą mnie chwile słabości.
A wikipedia mówi, że hipokryzja jest ,,stałą cechą ludzkich społeczeństw”. Więc jak wierzyć w ludzi? Skoro natury nie oszukasz, a ludzie z natury bywają fałszywi. Nie wiem. Wiem za to, że kieruję się zasadą ograniczonego zaufania do ludzi i to całkiem rozsądne. I, że często tracę wiarę w nich, ale po paru chwilach przychodzi ktoś, kto pozwala mi ją odzyskać. I to jest fajne. Że wśród grupy ludzi, którzy zawodzą jest ktoś kto będzie wobec ciebie po prostu w porządku.  
I wracając do mojej mizantropii. Ciężko jest żyć wśród ludzi. Oni często zachowują się tak prymitywnie, że aż ci żal, iż nadano mu nazwę człowieka rozumnego.  I tym postem chciałam powiedzieć, że ja naprawdę nie lubię ludzi. Bo chwalą się, zazdroszczą, obgadują, rujnują, ranią i robią wiele więcej okropnych rzeczy. Ale ciężko jest odciąć się od tego wszystkiego, kiedy samemu się jest człowiekiem.  Pocieszające jest jednak to, że istnieją ludzie, u których w twoich oczach, zalety będą przysłaniały te ludzkie wady.


Aby lepiej zrozumieć wydźwięk tego posta, trzeba wam wiedzieć,  że nie jestem/byłam zwolenniczką letnich wypadów poza dom. Nie lubię gorąca, jestem marudna, a tłumy ludzi nie napawają mnie optymizmem. W sobotę jednak pierwszy raz byłam nad jeziorem jako czynna uczestniczka jezioranych aktywności. Radzę traktować posta z przymrużeniem oka, a nawet dwóch. Piszę o sobie w 3 os. Lp żeby było śmieszniej < chociaż  wcale nie jest>. 
osoby dramatu: Karolina- ja, siostra-siostra, T.- narzeczony siostry
A więc było tak:

Część 1: Karolina wysiada z samochodu. Ojej jak tu pięknie, woda, woda i chmara ludzi. Karolina dostrzega psinkę. Psinka idzie w kierunku Karoliny. Szaleństwo, żaden pies nigdy nie podchodzi do niej sam z siebie. Karolina w szoku, zaczyna gadać do psa różne okropności typu: kochana psinka, no chodź tu kochany, oj, nie mam nic dla Ciebie. A to wszystko głosem, którego używa się do rozmów z niemowlakami. Właścicielka psinki zaniepokojona. < nie dziwię się> .

Część 2: siostra: rozbieraj się i idziemy do wody. Karolina: co? Mam się rozebrać przy tych wszystkich ludziach? Rozgląda się z przerażeniem wokoło, gdzie ludzie emanują nagością, szkoda tylko, że nie seksapilem. Karolina wpada w panikę, zastanawia się po co właściwie tu przyjechała. Upał daje o sobie znać. Karolina powoli ściąga bluzkę i spodenki. Nie, niech wyobraźnia was nie ponosi. Pod ubraniem znajduje się strój kąpielowy (dwuczęściowy!), którego świat jeszcze nie widział. Karolina nieporadnie zasłania się. T. się śmieje, że się wstydzi. Karolina myśli: a niech to! Przecież jestem nad jeziorem. Podąża za siostrą do wody.
 
Część 3: Karolina stawia pierwszy krok w wodzie. Jest dziwnie. Jest strasznie. Jest przerażenie. Robi się duszno. W głowie ma tylko myśl, że to co racjonalnie wydaje się być glonami, może być zwłokami. Karolina robi głupią minę. Siostra namawia: no chodź, chodź! Karolina: O matko! Nie, tam mogą być zwłoki, ja stąd spadam, nie, boję się, chcę do domu. Karolina robi mały krok naprzód z nietęgą miną. Mały krok dla Karoliny, mały i dla ludzkości. Karolina po kolana jest w wodzie. Co sekundę przypomina o możliwości obecności zwłok w wodach jeziora. W myślach ma ojca Mateusza, który próbuje rozwikłać zagadkę kto mógł te zwłoki tam schować. Karolina trafia na coś ostrego na dnie. O boże! A jeśli to kość wystająca z urwanej ręki?! Do jeziora wskakuje jakiś dzieciak, chlapiąc na całego. Karolina: ej, przecież muszą panować tu jakieś zasady! Siostra: nie, tu nie ma zasad. Dzieciak dziwnie obserwuje. Karolina: a co jeśli… . Siostra: nie, tu nie ma zwłok, chodź.
 
Część  4: T.: Karola, chodź na materac. Karolina: nie, boję się. Robi kilka kroków na przód. Woda sięga jej coraz wyżej, ma duszności. Karolina wycofuje się. Karolina wraca na brzeg. O nie, zimno tu. O boże, zwł.. a nie, to glony. O kaczki! Kaczuszki chodźcie tu, nie mam chleba, ale chodźcie. Kaczki odpływają jak najdalej. Siostra i T. sprawdzają obciążenia materaca. Karolina: o nie, a co jeśli te motorówki nas rozjadą, haniebna śmierć, nie chcę. Karolina przypomina sobie, że kiedyś umiała troszkę pływać. Troszkę kraulem, troszkę na plecach, ale to było dawno. Karolina próbuje. Karolina idzie na dno. Dno, które jest bliżej niż sądzi. Obciera sobie kolano. 
 
Część  5: Karolina jednak dopada materac. O fajnie! Jak się ma materac nie idzie się na dno! Chyba, że wypłyniesz za daleko i sobie to uświadomisz, że dno jest daleko i wpadasz w panikę i idziesz na dno. Karolina trzyma się z T. materaca.  1 metr od brzegu. Karolina: O matko, nie tak daleko! Karolina wspomina o zwłokach, ludzie dziwnie się patrzą. T. zabiera materac. Karolina się o niego upomina: Hej, oddawaj materac! T. oddaje, Karolina „płynie”, woda zimna. Wychodzą  z wody.
 
Część 6: Stópki całe w piasku. Karolina: hej, co robicie ze stópkami? Siostra pozwala wytrzeć w fuksjowy kocyk. Karolina szczęśliwa. Kaczki wychodzą na brzeg. Psiuńcia już nie chce przyjść do Karoliny. Karolina smutna. Wracamy.
Koniec

  Następnym razem kupujemy dla mnie własny materac i zabieramy chleb dla kaczuszek, i coś do jedzenia. A i drugą siostrę. Podsumowując: całkiem okej, (chociaż ludzie) ale grymas na mojej twarzy utrzymujący się przez co najmniej 10 pierwszych minut mojej obecności w wodzie odciśnie się takim piętnem na mojej buźce, że będę musiała wstrzyknąć cały botoks świata.
Ponieważ to moja pierwsza książkowa recenzja, przedstawię (nie)pokrótce mój stosunek do książek.
Nie jestem prawdziwym pożeraczem książek, i nie przeczytam 52 w 2015 roku. Nie podążam też za nowościami chwytając  jeszcze ciepłe książki, które dopiero co wyszły z drukarni żeby zasilić półki w księgarniach. No nie licząc, czwartej części Millennium, na której kupno przygotowuję się pilnie, zastanawiając się skąd wziąć na nią pieniądze. Odpowiedzi typu: idź do pracy nie liczą się. 
 Zwykle jeśli sięgam po jakąś książkę jest to przypadek. Nie lubię czytać tego co jest modne, bo odczuwam presję i boję się, że nie spodoba mi się tak jak większości i co to będzie, a moja samoocena drastycznie zmaleje i w ogóle po co to komu.  Najczęściej czytam książki, którymi świat już dawno przestał się zachwycać co można zobrazować mniej więcej tak: rok 2010, wszyscy: łał, ta książka jest niesamowita, powinna dostać milion nagród, zostać zekranizowana, ja: nic, rok 2015, ja: łał, ta książka jest niesamowita, dlaczego tak późno na nią trafiłam! Zgadza się, pewne informacje trafiają do mojego stanu świadomości ze znacznym opóźnieniem. 
A więc jak to się dzieje, że mimo wszystko, nie jestem statystycznym Polakiem i udaje mi się przeczytać więcej niż jedną książkę rocznie? No cóż, do tej pory zawdzięczałam to lekcjom polskiego, gdzie szczególnie w ostatniej klasie wymagano czytania książki za książką.  Czasem jednak poza szkołą też przeczytałam jakąś książkę, może nie tak ambitną jak dzieła szekspirowskie, ale jednak. Czasem po prostu trafia się na trop przypadkowo i po przeczytaniu książki wręcz dziękujesz bogu, że wasze losy się spotkały.

Książka, którą chcę Wam polecić, kupiłyśmy z moją siostrą w jednej z tanich księgarń na krakowskim rynku.  Propozycja jej kupna  wyszła od mojej siostry, bo ze względu na moją skąpą naturę cena dwunastu złotych, przy innych książkach, których koszt wynosił 3-4 złotych, wydawała się kosmiczną Ale ostatecznie wyszłyśmy z księgarni z ,, Wakacjami Rachel” i dwoma książkami po 3 złote.



Przechodząc do sedna  o czym właściwie jest książka i kim jest tytułowa Rachel? To 27- letnia Irlandka mieszkająca w Nowym Jorku, która próbuje nadążyć za wielkomiejskim tempem życia z niezbyt dobrym skutkiem. Imprezy, narkotyki, alkohol  to niemal codzienność. Rachel trafia do ośrodka leczenia uzależnień (jak sama twierdzi przypadkowo) jako narkomanka, gdzie ma zamiar wypocząć i mając nadzieję na spotkanie tam gwiazd pop. Czeka ją jednak spory zawód, bo nie dość, że nie spotkała tam nikogo sławnego, to jeszcze została uznana za narkomankę. Czytelnicy śledzą jej walkę z nałogiem, przechodząc od stadium wypierania aż do akceptacji problemu i walki z nim. Rachel na swojej drodze spotka oczywiście wzloty i upadki i innych uzależnionych. ,,Wakacje Rachel” to nie tylko książka o dziewczynie z nałogiem, bo z problemem uzależnienia powiązany będzie też temat miłości.



,,-To cała ty, Rachel-podsumowała w końcu. - Jesteś tą amorficzną, bezkształtną ludzką istotą. Zero lojalności, zero uczuć nic.(...) Wiem, że wkładasz całą swoją energię w to, żeby się przy mnie nie załamać.(...) Ale ja nie jestem twoim wrogiem, Rachel-kontynuowała- Twoim prawdziwym wrogiem jesteś ty sama, i to nie ulegnie zmianie. Wyjdziesz dziś z tej sali przekonana, że jesteś wspaniała, bo nie otworzyłaś się przede mną. Ale to wcale nie zwycięstwo, lecz porażka.(...) Powiem ci, dlaczego jesteś taką okropną osobą, dobrze?(...) Masz niezwykle niską samoocenę- oświadczyła- We własnych oczach jesteś nikim. A nie lubisz czuć się bezwartościowa, no bo kto lubi? Wobec tego szukasz aprobaty osób, które podziwiasz. Jak ta Helenka, o której opowiadała nam Brigit. Zgadza się?"



Powieść autorstwa Marian Keyes spodobała mi się dzięki ujęciu problemu nałogu w sposób lekki, a czasem nawet żartobliwy. Postacie przebywające w klinice odwykowej wcale nie są ukazane jako poważni,szary, smutni ludzie z problemami, ale skonstruowane w taki sposób, że bawią. Jednak kiedy trzeba jest też czas i miejsce na chwilę refleksji i zrozumienia czym właściwie jest nałóg i jakie jest jego podłoże.  Ale tak jak wspominałam znajdziemy też temat miłości czy rodziny. Ta książka pozwala też zastanowić się co jest ważne w życiu. Książka spodobała mi się też ze względu na to, że mogę z niej wyciągnąć coś dla siebie, a ja szczególnie lubię książki z psychiatrykami i terapeutami w tle.

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Blogger templates