Nie ma chyba osoby, która by nie znała popularnej anime Pokémon . Główny bohater – Ash wraz z przyjaciółmi podróżuje w poszukiwaniu Pokémon ów. Teraz Pikachu i spółka powracają do łask, a to za sprawą mobilnej gry Pokémon  Go, dzięki której każdy z nas może wcielić się w rolę mistrza Pokémon  i złapać je wszystkie tyle, że… w realnym świecie. Nawet na swoim podwórku. I nie swoim także.



Pokémon  Go to mobilna gra wykorzystująca technologię rzeczywistości rozszerzonej. Oznacza to, że z dzięki kamerze w smartfonie czy tablecie i technologii GPS rejestrowany jest obraz realnego świata, na który, nakładane są postacie pokémonów, które należy złapać. Tak więc wystarczy wyjść z domu, a może się okazać, że tuż za rogiem znajdziemy na przykład Eevee. Zadaniem gracza jest odszukanie z pomocą wskazówek wytycznych GPS i zdobycie  jak największej ilości pokémonów, a następnie walka z innymi trenerami.

Chociaż gra miała swoją premierę na początku lipca, już odniosła wielki sukces. Grają nie tylko młodzi, którzy Pokémony oglądali w telewizji. W Internecie pojawiają się zdjęcia grup ludzi w różnym wieku, które dla niewtajemniczonych wyglądają jak prawdziwa inwazja zombie. Gracze często umawiają się na wspólne szukanie pokémonów, zrzeszają się w grupy. Chodzą po realnym świecie z nosem wetkniętym w smartfona . Chociaż wpatrywanie się w ekran swojego telefonu było niebezpieczne dużo przed wydaniem gry, to biorąc pod uwagę siłę zaangażowania niektórych graczy, może budzić to znaczący niepokój. W Internecie prócz zdjęć można znaleźć także opowieści jak to, ktoś prosił o możliwość wejścia na podwórko, bo tam akurat jest ukryty Pokémon . Poszukiwane stwory pojawiają się w różnych miejscach: mogą być ukryte w kościołach, muzeach, czy w sklepach lub restauracjach. Chociaż akurat ci ostatni w Pokémon owej rewolucji upatrują zysków miejsca kultu, czy pamięci nie są odpowiednie na tego typu zabawy.

Co jednak pozytywnego niesie za sobą gra, na której punkcie oszalały miliony? Na pewno to, że żeby w nią grać trzeba wyjść z domu. Biorąc pod uwagę, że Pokémon  Go skłania w jakiś sposób do większej aktywności ruchowej, jest to naprawdę pożyteczna gra. Poza tym pokémony wydają się naprawdę miłymi dla oka stworkami. Poza tym przypominają te lata dzieciństwa, kiedy przeżywało się każdy odcinek przygód Asha Ketchuma.


Zastanawia mnie tylko, co  sprawiło, że tylu ludzi zatraciło się w tej grze? Bo naprawdę trzeba mieć w sobie mnóstwo determinacji i zapału, żeby przemierzać realne kilometry w poszukiwaniu nierealnych stworków. Mój wcześniejszy argument o tym, że są całkiem miłe dla oka jest rzeczowy i biorę go pod uwagę. Jednak za tym musi stać coś więcej. Może znów jesteśmy pod wrażeniem załamania bariery między tym, co wirtualne, a rzeczywiste? Generalnie nic nie mam do samej gry. W dzieciństwie kochałam Ascha Ketchuma i Pokémony. Jednak widok ludzi, którzy jakby tracąc zdrowy rozsądek, udają się do miejsc, gdzie wstęp jest zabroniony nieco mnie przeraża. Tak samo jak sprawa z wchodzeniem do kościołów, bo akurat znajduje się tam pokémon. Halo, ludzie. To gra. Nawet jeśli gra jest spoko, to chyba nie należy dawać z siebie 100% w tej grze, a zostawić sobie z jakieś 10% na racjonalne myślenie. 
Dopóki wszystko ma swój umiar ؘ– jest okej. Mimo że gra angażuje do wyjścia na zewnątrz, nie eliminuje problemu udziału smartfonów w naszym życiu. Wręcz przeciwnie problem pogłębia, ale jeśli daje przy tym radość ze złapania kolejnego pokémona… to chyba nie mam się czego czepiać. Okej, grajmy sobie w łapanie pokémonów. Któż nie chciałby zostać Mistrzem Pokémon? Ale pamiętajmy, że to jednak wykorzystuje ona rzeczywistość zaledwie w połowie i ciągle pozostanie tylko grą. 
Jako mała dziewczynka, którą ciągle jestem, wydawało mi się, że pewnego dnia po prostu poczuję miłość i to odwzajemnioną. Wydawało mi się to normalne i zwyczajne. 





Jednym z moich ulubionych cytatów, którego bez skutecznie próbuję się nauczyć na pamięć jest ten o prawdziwej miłości Jay’a jakiegoś tam Ashera (no nie znam gościa, nie czytałam żadnej jego książki i jeśli tylko chcecie, możecie mnie za to zbesztać do reszty, bo jak to tak, ulubiony cytat, a nie wiesz skąd pochodzi? Dziewczyno, co ty sobą reprezentujesz? Ja go lubiłam/em, zanim był modny!):


Zawsze powtarzam, że nie wierzę w prawdziwą miłość, ale, że zostawiam drzwi uchylone, bo nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś zechciał pewnego dnia udowodnić mi, że się mylę.

Zanim zaczniemy. Jako singielka z dwudziestoletnim stażem mam pełne prawo wypowiadać się na temat miłości i związków. 

Zatem o miłości! Gdzież jesteś? 
W książkach i filmach. 
Koniec.

Jako mała dziewczynka, którą ciągle jestem, wydawało mi się, że pewnego dnia po prostu poczuję miłość i to odwzajemnioną. Wydawało mi się to normalne i zwyczajne. Po prostu będę miała super chłopaka, później super męża, ja będę super żoną i będziemy wiedli super życie. Nie zastanawiało mnie, że tak jak ja mam kilka wad, tak też on nie będzie idealny. Nie obawiałam się tego, że: o mamuńciu, a jeśli nikt nigdy mnie nie pokocha, bo jestem niecierpliwa i nerwowa? Miłość wydawała się łatwa i zrozumiała. W moich wyobrażeniach nie było miejsca na kompromisy, akceptację irytujących zachowań, wątpliwości czy to przyjaźń, czy kochanie i wybór między wyglądem a osobowością. 
Wygląda na to, że miłość nie jest łatwa. Czasem chyba trzeba jej pomóc, bo jeśli się nic nie robi, to ona sama nie przyjdzie (nie licząc tych opowieści z poczytnych magazynów z niewiarygodnymi historiami pod tytułem „poznałam miłość swojego życia w supermarkecie”). Jeśli jednak robisz za dużo i na siłę dopatrujesz się jej w każdym nowo poznanym człowieku (ja), to też jest źle. 

Często bywa też tak, że obok siebie masz kogoś odpowiedniego, ale ciągle z nadzieją na poczucie „tego czegoś” szukasz wszędzie: może pod drzewem, może pod gazetą, a może na drugim końcu świata – a pójdę i sprawdzę, może wygram miłość. Czekamy z utęsknieniem na tę strzałę amora i coraz bardziej zastanawiamy się, czy czasem nie skończyła mu się amunicja. 

Rzadko zdarza się, żeby ten, który Tobie się podoba, zakochał się też w Tobie. Jednak zdarza się! Więc dlaczego właściwie Tobie miałoby się nie udać, prawda? No nie wiem, może to ten niekorzystny układ planet?
Coraz częściej przekonuję się, że jednak, że ta tak zwana miłość to po prostu układ między dwojgiem mniej lub bardziej dopasowanych osób, że odtąd i odtąd jesteśmy razem, przestrzegamy jakichś reguł. Taka unia, związek. Wiadomo, że codziennie będę mijała/mijał kogoś seksowniejszego niż ty, ale przecież umawiamy się na coś. I oczywiście, że będziemy się kłócić, ty będziesz mnie wkurzał, a ja ciebie, ale jesteśmy w związku. I fakt, możliwe, że w pewnym momencie będę miała dość twoich dresów, a ty mnie bez makijażu rano, ale no cóż, na coś się umówiliśmy. Po kilku lub nastu latach pewnie będziemy czuć do siebie przywiązanie, ale taka jest kolej rzeczy. Szukamy miłości po to, żeby radzić sobie z życiem we dwoje, bo samemu, to trochę trudno.

Miłość polega chyba na tym, żeby z n a l e ź ć kogoś najbardziej odpowiedniego. Żadna tam magiczna siła, gwiazdki, amorki i inne bzdety. A tę tezę potwierdzałyby liczne randki, na które ludzie chodzą: ten nie, tamten też nie, o! Ten mógłby być, ale może inny będzie spoko. 

Ta prawdziwa miłość jak z książki wydarza się raz na milion. A my (ja) ciągle czekamy z nadzieją, że to właśnie nam się ona przytrafi. 

Jaki morał z tego postu?
Czegokolwiek byś nie zrobił i tak będzie źle.

A tak naprawdę chciałam powiedzieć, że miłości chyba trzeba się nauczyć i, że w rezultacie to efekt jakiegoś procesu. Wy to pewnie wiecie, ale ja ciągle jeszcze nie. 

A więc tak. Można powiedzieć, że mam wakacje. Ale cóż to. Rozterki zostają nadal. Jak pamiętacie albo i nie (bo przecież kto to czyta?) tkwię w medialnym rozdarciu. Nie mogę się poddać temu, że jesteśmy niewolnikami urządzeń. Być może problem jest tym większy, że na co dzień stykają się ze sobą pokolenia różnych fal. Dziadkowie, rodzice – oni nie potrzebują facebooka, twittera, bloga, Instagrama. Widzisz, jak oni funkcjonują i co? I da się tak żyć. A ty nie potrafisz przeżyć chwili bez sprawdzenia portali.

Wczoraj miałam egzamin, na który obowiązywała znajomość tekstu McLuhana. Nie będę pisała kto to, co to, na co, i tak dalej. Musiałabym sięgnąć po moje kserówki i notatki, a uwierzcie, że wczoraj z radością cisnęłam nimi w kąt (żartuję, starannie i z należytym szacunkiem do źródeł naukowych złożyłam je do teczuszki). Niżej podam link do strony, która wyjaśni to dużo lepiej ode mnie. Sęk w tym, że jeszcze wczoraj, kiedy wydawało mi się, że wiem  o cóż to, rozchodzi się temu Panu, nie wiedziałam, że dał mi odpowiedź na męczące mnie pytania, czyli: dlaczego ciągle jesteśmy tak uzależnieni od mediów? I dzisiaj koleżanka, która ciągle czeka na egzamin, podzieliła się tym linkiem i nagle łał. Olśniło mnie:
Tak jak kiedyś karmiliśmy tamagotchi, dziś musimy karmić swój profil, by czuć jego spójność. To, na czym budujemy swoją tożsamość, narzuca kolejne zadania do wykonania. Innymi słowy, skoro powiedziałeś „A” zazwyczaj dopowiesz i „B”. 1
I to:
Korzystając ze współczesnych przykładów można powiedzieć, że najgorszą krzywdą, jaką człowiek może sobie wyrządzić, jest zaparte twierdzenie, że jego avatar jest tylko avatarem. Jeśli żyjąc on-line, świadomie kształtuje go jako część siebie, ma szansę utrzymać zdrową relację między wirtualnym a realnym „ja”. 2
Ja wiem, ja zdaję sobie sprawę, że dla Was to pewnie żadne odkrycie i Wy wiedzieliście to, zanim Dawid Podsiadło stał się sławny (no wiecie, to jest żart w stylu: luzerzy, ja znałem ten zespół, zanim był modny, ale bałam się, że nie zrozumiecie tej aluzji). Ja jednak potrzebowałam jakieś teorii na to. I mam. Dziękuję.
Więc słuchajcie, rozumiem. Rozumiem i już nie będę grzeszyć więcej. Ja w internecie to przedłużenie mojego prawdziwego ja i mojego układu nerwowego.
Więc teraz będę pielęgnować swój wizerunek w sieci, bez żadnego ,,ale”

A Wy jeśli chcecie:
a) dowiedzieć się więcej o McLuhanie i jego teorii zapraszam tu:
b) dowiedzieć się jak poszło mi na egzaminie, odpowiadam: super, o McL nie musiałam mówić
c) opuścić jak najszybciej tego bloga: wciśnij krzyżyk
d) napisać, że jestem głupia albo coś milszego: zapraszam do komentowania
e) COŚ, ale nie wiecie CO, to prawdopodobnie głód i musicie iść coś zjeść



Niektórzy próbują nie używać, odcinać się. Jeszcze inni dają się wciągnąć na całego. A ja w tym wszystkim się gubię i zmieniam co chwilę strategie. Bronię? Nie bronię? Staram się zrozumieć albo usprawiedliwić własną żądzę użytkowania.



Odnoszę wrażenie, że nie odnajdujemy się w natłoku mediów, które wkraczają w świat rzeczywisty. Mam poczucie, że użytkowanie ich odbywa się na granicy moralności i zdrowego rozsądku. Nic dziwnego. W zasadzie zostaliśmy wrzuceni w wir nowości technologicznych. Tempo rozwoju smartfonowej rzeczywistości i możliwości, jakie one stwarzają, sprawiają nam kłopot. Ciągle przesuwają granice ingerowania w nasz świat realny. Konflikt w tej sytuacji jest jednak tragiczny. Nie ma dobrego rozwiązania w tej sytuacji. Używać czy nie używać? To żaden wybór.

Kiedy niedługo po przebudzeniu sprawdzam Facebooka, czuję, że nie jest to właściwe. Konfrontuję dawną rzeczywistość, jeszcze sprzed kilku lat, kiedy nawet nie wiedziałam, czym jest ta aplikacja i dostrzegam, że wkradła się w moje życie, rozgościła na sofie i nie ma zamiaru sobie pójść (jak personifikacje kaszlu w reklamach. Słabe porównanie). Zupełnie na serio. Wiesz jednak, że dawna rzeczywistość już nie wróci. Bo nie może, nie ma jak. Nie uda nam się przywrócić tego stanu sprzed… jak to nazwać? Rewolucji smartfonowej, Internetowej? Tak samo, jak nie dałoby się przywrócić rzeczywistości sprzed wynalezienia druku, żarówki czy samochodu. Ciągle postępujemy do przodu, dokonuje się proces ewolucji i ceną za niego jest właśnie nieodwracalna zmiana. Nie zawsze wydaje nam się obecnie moralna. Nie umiemy się w nim odnaleźć, ale to normalne dla każdej nowości. Reguły są ustalane na bieżąco, czasem z lekkim opóźnieniem.

Tak. To jest dziwne, że zanim zjemy zamówione designerskie jedzenie musimy zrobić snapa. Że z imprezy wstawimy zdjęcie na Facebooka. Na Instagrama dodamy zdjęcie opatrzone oklepanymi hasztagami. Ale wrzuceni w wir postępowych nowości dopiero badamy i wyznaczamy nowe granice przyzwoitości. Musimy je oswoić i okiełznać. To jasne, że czasem przekroczymy jakieś granice.
Internet nie jest rzeczywisty, prawdziwy. W samym słowie Internet zaprzęgnięte jest słowo iluzja i fałsz. Internetowa więź nigdy nie dorówna tej bezpośredniej. Hasztag #goodday nigdy nie będzie oznaczał: hej to jest naprawdę cudowny dzień! A śniadanie , którego zdjęcia są wrzucone na Ig w rzeczywistości wcale nie wygląda tak pięknie.

Ale my na tę iluzję się przecież zgadzamy prawda?

Niemniej jednak męczą mnie te stylizowane na dziennikarskie mądrości tweety, zdjęcia na Instagramie, które mają przypominać tę sławną blogerkę modową. A najbardziej wkurza mnie, to kiedy tracę humor, bo uświadamiam sobie, że nie będę wyglądała tak jak one. Nudzą mnie kolejne snapy z filtrem psa, z wydarzenia, na którym jest większość, albo filmiki znajomej, która po pijaku robi z siebie idiotkę.
I okej, mogłabym się z tego wypisać. Proste - nie chcesz? Nie oglądaj. Ale, cholerka. My jesteśmy w tym tacy unurzani.


Edit:
Po ostatnim koncercie, kiedy co druga osoba robiła snapa przez ¾ wydarzenia cofam wszelką wyrozumiałość, jaką pokładałam w to i owo (może najbardziej w ludzi - tfu! Nigdy więcej). 
Ja wiem, że to pieprzenie o niczym, ale
Kurde
Boli mnie to.
Może najbardziej to, że ja się w tym nie odnajduję.
A to jest mój kawałek internetowej podłogi (na którą o ironio narzekam).

Pa.

Polska odwraca oczy
Nowa książka najczęściej nagradzanej dziennikarki 2015 roku. Zbiór reportaży Justyny Kopińskiej „Polska odwraca oczy” to opowieści o najważniejszych niewyjaśnionych sprawach ostatnich lat.
(źródło opisu: Świat Książki)

Dlaczego zdecydowałam się kupić tę książkę? Tego sama nie wiem do końca. Zrobiłam to pod wpływem impulsu. Ba, nawet nie zakreśliłam jej zielonym pisakiem w gazetce przyniesionej z jednej z księgarni. A mimo, tego kiedy wzięłam ją do ręki i przeczytałam tytuł pierwszego rozdziału – Spokojny sen Anny – wiedziałam , że muszę ją przeczytać jak najszybciej. Ale po kolei.

Książka dziennikarki Justyny Kopińskiej to zbiór reportaży o dość tajemniczych i głośnych sprawach karnych ostatnich czasów. Kiedy czytałam pierwszy raz opis, pomyślałam: no dobra, reportaże, ale co z tego? 

Po pierwszym artykule już wiedziałam, czym wyróżniają się TE reportaże. Faktycznie, oprócz sięgania do najbardziej niewygodnych tematów i zadawania pytań, tam, gdzie na sprawie została postawiona gruba kreska, autorka zwraca uwagę czytelnika tam, gdzie inni wzroku faktycznie nie kierują. Rozmowa z żoną Trynkiewicza, dziewczyną, która pobiła inną dziewczynę.

Autorka nie próbuje osądzać. Tak jak zapowiada w tytule, zwraca nasze oczy  w stronę problemów i zostawia nas z tym samych. Kładzie uwagę na niewygodną prawdę. Polska odwraca oczy jak wtedy, kiedy biedak prosi o pomoc. I ja też odwracam wtedy wzrok.  Niestety.
Nie chcemy zagłębiać się w szczegóły, to jest niewygodne. Bo starać się zrozumieć kogoś, kto zabił, kto jeździł po pijanemu? Wyrządził krzywdę? Przecież musi ponieść konsekwencję.

To, co najbardziej spodobało mi się w reportażach Justyny Kopińskiej oprócz tego, że ujawnia nieścisłości w funkcjonowaniu prawa, to właśnie to, że poświęca nieco miejsca na pokazanie, dlaczego ktoś zrobił coś złego. Siostry zakonne znęcające się nad podopiecznymi, bo wpaja im się niedorzeczne zasady. A przecież tak często dajemy się ponieść opinii publicznej i szykanujemy kogoś za to, co zrobił nie zastanawiając się nawet, dlaczego tak postąpił. Nie wiem jak Wy i nie mam pojęcia czy to dobrze, czy źle (ja uważam, że empatia, kiedyś mnie zgubi), ale ja za każdą zbrodnią widzę człowieka, którego coś przerosło. Nie chcę, nie potrafią uwierzyć, że człowiek może być po prostu zły.

Autorka jednak nikogo nie usprawiedliwia. Pokazuje wszystko takim, jakie jest. Lakoniczne opisy pozostawiały niedosyt. Skoro już zostaliśmy pociągnięci do odpowiedzialności zmierzenia się z trudnymi tematami, chciałoby się jeszcze bardziej zgłębić tajemnicę, dowiedzieć się jeszcze więcej a tymczasem reportaże się kończą.

Aby pomóc nam rozprawić się z niewygodnymi tematami, autorka nie zostawia nas na pastwę losu. Niektóre reportaże są opatrzone opinią specjalistów, którzy mówią, jak sprawa powinna być rozwiązana. Są jednak momenty, że zostajemy z tematem sami i musimy się z nim zmierzyć już w pojedynkę.

Powiem jeszcze, że książka w kilku momentach mocno mnie wkurzyła. Miałam ochotę nią rzucić. Byłam zła na autorkę, na siebie, na ludzi. Byłam zła, że takie rzeczy faktycznie dzieją się wokół nas, a my nic z tym nie robimy. Zupełnie jak wtedy, kiedy do tramwaju wsiadł mężczyzna, który miał przyczepioną kartkę z prośbą o pomoc, a ja nie miałam przy sobie pieniędzy. A ilu jest takich obok, których przechodzę, mimo że mam drobne? Odchodzimy jednak od tematu, to nie jest książka o żebrzących. 

Po kilku reportażach byłam wręcz wstrząśnięta. Takie rzeczy naprawdę się dzieją? Sprawdzam. Rzecz działa się w Malborku, a więc miasto jak każde inne. Pewnie się dzieje. I właśnie dlatego, że takie rzeczy jak te opisane w książce Polska odwraca oczy się wydarzają dobrze, że są tacy ludzie jak Justyna Kopińska, która kieruje wzrok tam, gdzie inni nie chcą. I dobrze, że zadaje niewygodne pytania.


Polecam tę książkę. Nie jest to pozycja o błędach w działaniu systemu penitencjarnego. To książka przede wszystkim o ludziach. Nie jest lekka i przyjemna, ale na pewno warto po nią sięgnąć. 


O pozytywnych skutkach czytania książek słyszymy od dawna. Zewsząd docierają do nas mechanicznie powtarzane od lat slogany, że zwiększają zasób naszego słownictwa, rozwijają wyobraźnię, a nawet mogą nas wyleczyć.  A mimo to ciągle narzeka się, że Polacy czytają ZA MAŁO. Świadczą o tym, chociażby niedawno opublikowane wyniki badania stanu czytelnictwa w naszym kraju przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową. Według danych w 2015 roku 37% Polaków przeczytało co najmniej jedną książkę.

Jedyne co mnie zastanawia to: halo? Czy ja żyję w innym kraju niż ten, którego dotyczyło badanie? Upewniam się i nie. To cały czas Polska. Tylko że moje codzienne obserwacje nijak się mają do przedstawionych wyników badań.  Jestem pewna, że każdy z moich znajomych (wiem, wiem, mam ich niewielu) przeczytał co najmniej jedną książkę w ostatnim roku. I nie są to, tylko tak zwani pożeracze książek.  Idźmy dalej. Jadę tramwajem i za każdym razem znajdzie się przynajmniej kilka osób w różnym wieku, które coś czytają. Respondenci przeprowadzonego badania to ludzie w wieku co najmniej  piętnastu lat, więc wśród badanych są osoby w wieku szkolnym. I mimo tego, że jak wiadomo, nie każdy uczeń przeczyta zadaną lekturę, to jakaś część z nich na pewno po nią sięgnie. Naprawdę nie jestem w stanie uwierzyć, że 63% Polaków nie przeczytało ani jednej książki. I to nie jest wyrzut w stronę tych ludzi, a niedowierzanie w prawdziwość i doskonałość wyników badania. Bo uwierzcie mi (lub nie) osoby, których w życiu bym nie posądziła o chęć czytania książki, często mnie zaskakiwały.

Wystarczy wejść na Instagram, kliknąć w odpowiedni hasztag i już pojawiają się piękne zdjęcia otwartych książek. Młodzież czyta – super! Ale jeśli jeden czy drugi użytkownik tej aplikacji kupił i przeczytał książkę tylko z myślą o tym, jak pięknie będzie się prezentowała na zdjęciu i ile zbierze serduszek to, czy o to właśnie nam chodzi w promocji czytelnictwa? Czy mamy czytać książki, bo tak? Bo przyjęło się, że bycie oczytanym jest pożądaną rzeczą? A ja jestem w stanie uwierzyć, że są osoby, które po prostu nie lubią czytać. Czy jest w tym coś złego?  Sama pamiętam, jak jeszcze do niedawna każde sięgnięcie po książkę kończyło się zasypianiem. Czy trzeba zatem się do tego zmuszać? Trzeba dawać do zrozumienia, że nie czytasz – jesteś głupszy? Zmuszanie do czytania nie przyniesie żadnego rezultatu, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej zniechęci. Zdaję sobie sprawę, że czytanie jest potrzebne, ale jestem w stanie zaakceptować fakt, że tak jak jedni lubią spędzać czas aktywnie, a drudzy bierniej (a powszechnie uważa się, że lepsze jest to pierwsze) tak samo są osoby, które zamiast czytać wolą oglądać filmy.

Trzeba też uważać na czytanie, no umówmy się. A w dodatku utrzymywanie, że przez czytanie stajesz się mądrzejszy – to już w ogóle niebezpieczne. Często mamy takie przeświadczenie – przeczytałem coś, więc już to umiem. Czasem  odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy czytają więcej niż przeciętny Polak (a wedle ostatnich badań wystarczy 1 książka) mają w sobie poczucie wyższości. Ale ej, trzeba jeszcze brać pod uwagę to, co się czyta, bo ze słowem pisanym jest tak, że ono zostaje na wieki. Dzisiaj książek się już nie pali i to, co zostało napisane, już się nie odpisze.

Poza tym czytanie nie zawsze jest lekkie i przyjemne. Nie ma się co dziwić, że dorosły Polak po powrocie z pracy woli włączyć telewizję. Jak wspominałam, nawet nie będąc zmęczoną, czytanie często kończyło się u mnie zasypianiem.


W końcu jednak polubiłam czytanie. I życzę tego każdemu. Bo czytanie na pokaz albo tylko po to, żeby poprawić statystyki, jest bez sensu. Zamiast tego zacznijmy cieszyć się czytania, czerpiąc z tego jak najwięcej. Tylko wtedy promocja czytelnictwa będzie miała jakiś sens. 



 (...) żyjemy więc zawsze w oczekiwaniu czegoś lepszego, i to często zarazem w pełnej żalu tęsknocie za minionym. Rzeczy teraźniejsze natomiast przyjmujemy w poczuciu tymczasowości, uważając je za nic innego, jak tylko drogę do celu. Dlatego to ludzie, spoglądając u kresu swych dni wstecz (...) ze zdziwieniem widzą, iż to, co na ich oczach przechodziło tak niedocenione i mdłe, stanowiło właśnie ich życie - było tym właśnie w czego oczekiwaniu żyli. I tak z reguły przebiega ludzkie życie - człowiek mamiony nadzieją, pląsa wprost w objęcia śmierci. 

— Arthur Schopenhauer

Tu i teraz. Czasoprzestrzeń tak bliska, a jednocześnie tak daleka, często nieosiągalna. Bo tu i teraz nie jest wymiarem czasowym, a wydaje się  stanem umysłu, który trudno uzyskać.

Tu i teraz nigdy nie jest ważne dla ludzi. Jest tylko stanem przejściowym,  który wiedzie do przyszłości, do lepszego życia, bo „teraz” nigdy nie jest wystarczająco dobre.  A jak nie teraz to kiedy? Dlaczego przyszłość zawsze wydaje nam się bardziej odpowiednia niż teraźniejszość?  Przecież „teraz” jest bardziej namacalne i prawdopodobne.

W teraźniejszości jesteśmy tylko ciałem, a nasze myśli ciągle krążą gdzieś pomiędzy przeszłością i przyszłością. Dopiero kiedy nasza upragniona przyszłość nadejdzie, orientujemy się, że ówczesna teraźniejszość była tym spełnieniem, ale ona już nazywa się przeszłość. I ciągle ignorujemy „teraz” oscylując pomiędzy tym, co było a tym, co będzie, a nigdy tym, co jest. A właśnie nasze życie to tu i teraz.
W końcu spoglądasz wstecz i uświadamiasz sobie, że wcale nie było tak źle, jak sądziłeś. 

Wiem, nie da się żyć bez świadomości przeszłości ani przyszłości. Jednak chyba sęk w tym, żeby się pogodzić z nimi.  

Czekolada mi się skończyła. Jak tu dalej pisać?

Moje tu i teraz to mrok na osiedlu, który roztacza się za oknem. Ja w bluzie z kapturem i  trudne do zdefiniowania dźwięki. Tu i teraz to ułamek chwili, ale jak cudowny do przeżycia. Bez obciążeń, z pełną swobodą i wolnością, z czuciem.

Nie wiem, jak jest z tym u Was, ale ja nie bardzo to potrafię. Ciągle żyję w poczuciu, że ważniejsze jest to co mnie czeka niż to, co jest obecnie. A przecież nikt mi nie zagwarantował dalszego trwania. Kiedy wstaję, zamiast cieszyć się porankiem, czuję zniechęcenie nadchodzącymi obowiązkami. A przecież te chwile mogłyby być całkiem dobre, gdybym ich nie skaziła myślami o tym, co ma nadejść. Poniedziałki są złe, dlatego że od piątku dzieli go szmat czasu. Niedzielne wieczory też bywają potworne, kiedy przypominasz sobie, że czasu nie zatrzymasz i jutro znów będzie poniedziałek. 
Teraz piszę, wyrzucam rozpraszające myśli. Jest miło, fajnie, ale później znów sobie uświadamiam, co mnie czeka za chwilę – powrót do obowiązków. I chodzi mi o to, (bo ja często sama nie wiem, o co mi właściwie chodzi!) że tyle dobrych chwil trwonię i truję myślami o tym, co było, albo będzie, że nie zauważam tego prawdziwego życia. 
I, że decydując się na napisanie tego posta, żyłam w tu i teraz. 

pamiętajcie:


Innego końca świata nie będzie*

*Czesław Miłosz Piosenka o końcu świata


Podobno pożądaną rzeczą jest mieć marzenia.  „Kto marzy, żyje podwójnie”. A nie, sory, to było o książkach. Wszyscy mamy  marzenia, które nigdy się nie spełnią, przestań się łudzić. Nie zostaniesz aktorką. Nie musisz się zastanawiać, co byś powiedziała czy komu najpierw podziękowała, odbierając nagrodę Oskara, Nobla, Alfreda czy Zdzisława. Dlatego praca w biurze czy sklepie musi wystarczyć.
Nie będziesz miała stoliczka, który sam się nakrywa. Więc musisz chodzić do supermarketu, nawet kilka razy, bo znów zapomniałaś kupić tej rzeczy, po którą właściwie wyłoniłaś się ze swej nory. I dlatego właśnie, że nie masz stoliczka, który za Twoim rozkazem będzie pełen łakoci i pysznych dań (o jakbym zjadła pizze) musisz wybrać między książką a kebabem. A przecież mogło być tak pięknie. Bracia Grimm pokazali, że tak się da.

Disney udowodnił, że każda księżniczka w końcu znajdzie swojego księcia. A ja czekam i co? Ach, no tak, nie jestem księżniczką.

Są też marzenia o innym życiu. 

Do niedawna uważałam, że ludzie chodzą do kina dla rozrywki. O jakie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że kino tylko uczy nas czego mamy pożądać:
hajlajf, najszybsze samochody, przystojni mężczyźni w garniturach szytych na miarę (wersja dla panów: gorące kobiety w najlepszych kreacjach), przygody, niesamowite historie! 
A tymczasem co masz? Blokowisko, piątkowe wyjście do klubu a w nim zachlanego Adonisa, który rzuca tekstami na podryw rodem z facebooka (nie, żartuję, mnie nikt nigdy nie podrywa).

Właściwie chodzi mi o to, że na dłuższą metę, życie marzeniami jest niebezpieczne. Szukasz tego CZEGOŚ, a to nie istnieje. Okazuje się, że TO nie jest tym, czym myślałaś, że JEST. Bo  życie jest o dziwo życiem. Bo zaczynasz być rozczarowana rzeczywistością, chociaż nikt nie obiecywał, że będzie miło i kolorowo (w sumie na wejściu nikt mi też nie zaprzeczył).
Rozczarowanie jest wprost proporcjonalne do oczekiwań. Może największym problemem są właśnie wyobrażenia?
Pamiętam wakacje, kiedy sięgnęłam po grubaśną książkę „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Miałam wtedy ileś tam lat i byłam mocno znudzona nadmiarem wolnego czasu. Z książką nie wiązałam żadnych wielkich nadziei. Chyba nawet nie łudziłam się, że uda mi się ją przeczytać. A jednak. Dokonałam tego. I to z największą przyjemnością. A później sięgnęłam po „Dziewczynę, która igrała z ogniem” , „Zamek z piasku, który runął", a teraz przyszedł czas na „Co nas nie zabije”.


Fabuła czwartej części Millenium toczy się wokół sztucznej inteligencji, hakerów i autystycznego dziecka – syna profesora Baldera. Naukowiec posiada wiedzę na temat służb specjalnych, która śmiertelnie mu zagraża. Zwraca się więc do Mikaela. W ten sposób dziennikarz,  po raz kolejny dostaje temat na reportaż, który może uratować jego podupadającą karierę. W sprawę zamieszana jest Lisbeth Salander, co znów krzyżuje drogi Blomkvista i tajemniczej hakerki. Demony przeszłości Salander znów powracają.

Do czytania „Co nas nie zabije” podchodziłam z dozą niepewności. Jak to zlecić napisanie kontynuacji trylogii „obcej” osobie, która nie stworzyła postaci, całego przedstawionego świata? Czego się spodziewać? Jak to może się w ogóle udać? No i… chyba się udało. Czytając „Co nas nie zabije” nie towarzyszyła mi nieustannie myśl, że to już inne Millenium i że różnica jest rażąco dostrzegalna. Wiadome było, że odwzorowanie stylu Stiega Larssona w 100% będzie trudne, a wręcz niewykonalne, jednak wydaje mi się, że David Lagercrantz poradził sobie. Oczywiście różnice są wyczuwalne, ale nie powodują u mnie zażenowania. Przyznam, że czytałam tę część z równie zapartym tchem co poprzednie.

To, co trzeba podkreślić – fabuła wciąga. Przeczytałam tę 500-stronicową książkę w rekordowym dla mnie tempie. Przerywana w stosownych momentach akcja sprawiała, że chciało się czytać dalej i dalej. Jedynym powodem, dla którego odrywałam się od lektury była dręcząca mnie myśl o świątecznych pierogach, a jak wiadomo – z pierogiem nic nie wygra.
Brak licznych wątków pobocznych sprawia, że czytelnik nie gubi się, a żyje głównym tematem, który przyznam – bardzo mnie wciągnął. Cyberprzestrzeń i świat hakerów wydaje się odpowiednio nowoczesny.

Kiedy jednak emocje już zaczęły opadać, dostrzegłam kilka mankamentów w „Co nas nie zabije”. Jak dla mnie w tej części było za dużo i jednocześnie za mało Lisbeth Salander. Znów w niemal każdy wątek zamieszana jest jej rodzina, jej trudna przeszłość, co jednak z drugiej strony można odczytywać jako plus. Było to logicznie spójne z tym, czego dowiedzieliśmy się o rodzinie Lisbeth z poprzednich części. Za mało jednak widziałam tam prawdziwej Salander. Wydawała się jakby zepchnięta na boczny tor niczym wielka nieobecna. Niektóre momenty wydawały mi się zbyt wyidealizowane – niezniszczalna Lisbeth, która wyjdzie z każdej opresji. Widocznie to już jej cecha – zawsze sobie poradzi. Być może moja ocena wynika z wielkiej sympatii, jaką obdarzyłam tę outsiderkę.

Co mogę powiedzieć? Pokochałam parę Blomkvist-Salander całym sercem i nie chcę, żeby ich przygody się kończyły, zatem wiadomość o kontynuacji trylogii Millenium przyjęłam z entuzjazmem. Żałuję tylko, że jestem już po lekturze czwartej części, bo „Co nas nie zabije” jest tą książką, którą chcesz jak najszybciej przeczytać i jednocześnie nie chcesz, żeby się kończyła.



Czas Świąt Bożego Narodzenia nie bez powodu nazywa się magicznym. Atmosfera zaczyna się gdzieś w połowie listopada, ale i tak najintensywniejszego biegu nabiera na początku grudnia. Wszędzie są choinki, lampki rozbłyskują kolorami i oświetlają w ciemności uśmiechnięte twarze, a dzwoneczki w świątecznych piosenkach  wzruszają. Takie są święta. Są czasem, na który co rok czekam z utęsknieniem.


A później się zastanawiam, jak to możliwe, że moi znajomi deklarujący, że są ateistami, cieszą się świętami razem ze mną? Przecież już  sama nazwa – Boże Narodzenie powinna ich skutecznie odstraszyć. Już wszyscy wierzący mogliby powiedzieć dumnie: szach-mat ateiści…

…dopóki nie zapytano by ich: a za co wy właściwie kochacie święta?  I idę o zakład, że przynajmniej część odpowiedzi pokryłaby się z odpowiedziami ateistów. Nie ma co ukrywać  – lubimy ten czas z tych samych powodów.

Bo święta są czasem dla rodziny, żeby przynajmniej te dwa dni w roku poświęcić tylko dla nich. A rodzina jest ważna nie tylko dla wierzących. Świąteczna atmosfera, której siła jest niewytłumaczalna i nie do zdefiniowania ogarnia wszystkich bez wyjątku. Sprawia, że myślimy o innych, kupujemy im prezenty, jemy przepyszne dania, ubieramy choinkę, pieczemy pierniczki.  Przecież to wszystko brzmi niesamowicie i to nie tylko dla katolików. A i przecież nie wszystkie tradycje wywodzą się z chrześcijaństwa.


Nie powinniśmy odbierać nikomu możliwości uczestniczenia w rodzinnych świętach bez względu na to, czy wierzy w Boga, czy nie. Bo to my tworzymy tę cudowną atmosferę.
No dobrze, umówmy się. Książka to najlepszy pomysł na prezent dla każdego, kto lubi czytać. Jednak statystyki pokazują, że czytelnictwo w Polsce stoi na niskim poziomie. Dlatego, zanim udacie się z uśmiechem na twarzy do księgarni po najnowszy bestseller, upewnijcie się, że człowiek, którego zamierzacie obdarować takim podarunkiem w ciągu ostatniego roku przeczytał coś więcej niż najnowszy post na facebook'u Ewy Chodakowskiej albo nie wiem... Roberta Lewandowskiego. A tak naprawdę, to nie przejmujcie się tym! Jeśli na twarzy osoby, której podarujesz prezent w postaci książki, ujrzysz grymas – zabierz mu ją i wyślij do mnie. Karolina z chęcią przygarnie i przytuli je wszystkie.











1. David Lagercrantz Co nas nie zabije


Co nas nie zabije autorstwa Davida Lagercrantza to czwarta część serii Millenium. Po śmierci autora trzech pierwszych części – Stiega Larssona, rozgorzał spór o prawa do notatek pisarza co do dalszych losów Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista. Postanowiono więc, że kolejną część zostanie napisana od podstaw.

Co nas nie zabije znów krzyżuje losy zdolnej hakerki – Lisbeth Salander i detektywa śledczego Mikaela Blomkvista, który zamierza porzucić swój zawód. Spotkanie profesora Baldera sprawia, że Blomvist decyduje się udzielić mu  pomocy i zbiera informacje na temat amerykańskich służb specjalnych. W ten sposób może uratować nie tylko swoją karierę, ale zmienić losy świata. 
A więc jeśli na czyjejś półce stoją trzy pierwsze części Millenium, koniecznie kup mu czwartą. 


2. Małgorzata Halber  Kołonotatnik z Bohaterem
Kołonotatnik z Bohaterem to zbiór obrazków przedstawiających postać ziemniaka skrzyżowanego z mrówkojadem opatrzonych życiowymi mądrościami. Bohater sprawi, że w końcu powiesz: „o, jest ktoś, kto ma tak samo, jak ja”. Ilość polubień na facebook'u dowodzi, że nie tylko tytułowy ziemniak ma czasem gorsze dni. Bohater mówi wprost o tym, co czasem czujemy my wszyscy, ale czego nigdy nie powiemy wprost. Idealnie nadaje się do robienia snapów i zdjęć na instagrama, żeby powiedzieć całemu światu: dzisiaj jest źle. Osobiście mój must have.

3. Maciej Stuhr, Beata Nowicka Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności...



W rozmowie z Beatą Nowicką aktor opowiada o rodzinie, przyjaźni i karierze. Książka idealna dla każdego fana Macieja Stuhra. 

4. Paula Hawkins Dziewczyna z pociągu 


Dziewczyna z pociągu to thriller, który sprzedaje się lepiej niż świeże bułeczki. Książka opowiada o Rachel – dziewczynie, która codziennie dojeżdża do pracy pociągiem. Ta z pozoru trywialna czynność zmienia jej życie, kiedy widzi coś wstrząsającego. 

5. Stephen King Bazar złych snów


Stephena Kinga nie trzeba nikomu przedstawiać. Jego  najnowsza książka to zbiór trzymających w napięciu, z dozą strachu i rozważań filozoficznych opowiadań. Każde z nich poprzedza komentarz autora z genezą każdej historii. 

6. Dorota Wellman Jak zostać zwierzem telewizyjnym


Kolejna książka wspaniałej osobowości – Doroty Wellman. Tym razem autorka opowiada o świecie telewizji od środka i o tym, co się dzieje poza kamerami. Książka zawiera ilustracje stworzone przez Andrzej Rysuje.

7. Magdalena Grzebałkowska Beksińscy. Portret podwójny

To nie jest wesoła książka ani lekka lektura. „To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie”. 




Tytuły książek, które mogłyby się znaleźć pod choinką, można by wymieniać bez końca. Jedno jest pewne – każdy mól książkowy będzie wdzięczny za taki prezent. Należy jednak pamiętać, że każdy ma inny gust, więc dobrze byłoby sprawdzić, jakie lektury goszczą na półce osoby, której chcesz wręczyć książkę. A więc nie zwlekajcie, bo święta tuż tuż!


Kolejny bestseller znanej i uwielbianej przez wszystkich blogerki. Wydają książki: jak zrobić perfekcyjny makijaż, idealnie dobrać kolor płaszcza czy jak zaplanować swoje życie. Sklepowe półki uginają się już pod stosem książek o samodoskonaleniu. O tym, jak produktywnie wykorzystać dzień czy osiągnąć sukces, więcej się już nie da napisać. Spędzamy godziny na przeglądaniu internetu i szukaniu tej najlepszej diety cud, która sprawi, że będziemy wyglądać jak z okładki magazynu.
A kiedy nie sprostasz temu wszystkiemu, dopada cię smutek. Nie jesteś wystarczająco dobra. Też znasz to uczucie?

To normalne, że każdy z nas wyobraża sobie, jakby to było mieć wymarzoną pracę, ładny wygląd, dobre ciuchy i jeszcze do tego ponadprzeciętną inteligencję. Nie ma też nic złego w dążeniu do tego celu. Jednak w momencie, kiedy ta myśl towarzyszy nam od świtu zaraz po przebudzeniu, aż do nocy, kiedy kładziemy się spać i tracimy gdzieś w tym wszystkim radość dnia powszedniego to wiedz, że coś poszło nie tak.

Czy nie jesteś czasem zmęczony tym, że ciągle coś musisz? Na przykład spędzić aktywnie weekend, bo tak piszą w tym nowym magazynie, chociaż nie masz kompletnie ochoty wychodzić z łóżka. Albo zrobić super obiad, żeby dobrze prezentował się na zdjęciu, mimo że twój talent do gotowania kończy się na ziemniakach ze schabowym.

Ja się pytam: dlaczego nikt nie lansuje trendu, że tak jak jest to stan okej? Że jesteś wystarczająco dobra, żeby być. I, że do szczęścia wcale nie potrzebujesz uprawiać joggingu, ani wyglądać olśniewająco zaraz po przebudzeniu. Twoje życie wcale nie będzie oznaczało gorszego tylko dlatego, że nie będziesz człowiekiem sukcesu. Ani nie musisz mieć wyrzutów sumienia, że spędzasz swój czas na oglądaniu serialu. Bo jeśli Tobie to odpowiada – wszystko jest na swoim miejscu.

Jeśli pewnego dnia poczujesz się smutny, bo zdasz sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie zostaniesz człowiekiem sukcesu tak jak ja, pamiętaj: pieprz to wszystko i załóż plantację lawendy.
Z serii: gadać, żeby mówić. Bazgrać, żeby pisać.



Ilekroć wsiadam do tramwaju na myśl przychodzi mi wiersz Tuwima „ Do krytyków”.

A w majuZwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia, 
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, Maju!--
Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!.


Kiedy omawialiśmy go w szkole, myślałam: okej, fajny wiersz, też za czasów dzieciństwa lubiłam jeździć na przykład busami, bo dlaczego by nie.  Ale dopiero jadąc tym prawdziwym tramwajem uświadamiam sobie jak bardzo  ta z pozoru zwykła i codzienna czynność jest inspirująca.  Bez śmiechów proszę.
Pierwszy przejazd tramwajem, pamiętny niczym najlepszy prezent. Pierwszy przejazd tramwajem 
i już pan kanar. Hola, czy istnieje ładniejsze słowo na nazwanie tej profesji? Ach tak, kontroler biletów. 
Pierwszy przejazd był wydarzeniem przełomowym niczym wakacje w Kołobrzegu i rejs statkiem. Wydarzeniem na miarę nowej gry pod choinkę. Jedziesz zafascynowany tym cudem techniki i nawet nie obchodzi Cię to, że musisz stać. 



Przy kolejnych przejazdach masz już znacznie mniej entuzjazmu. Wspinasz się mozolnie  po schodkach, przeklinając ludzi, że znów umyślało im się jechać wtedy co tobie. I  już od pierwszych chwil jest ci smutno, bo nie ma miejsc siedzących. Trudno.  Znów całą drogę będziesz marionetką, która porusza się w prawo, w lewo zgodnie z III zasadą dynamiki (dobrze pamiętam to z gimbazy?).
Po raz kolejny będzie ci się podnosiło ciśnienie, gdy motorniczy gwałtownie zahamuje, a ty wpadniesz na Zdzisława lat 56, który spojrzy na Ciebie  spod byka. Bo o ileż byłoby cudowniej, gdybyś wpadła na blondyna 1,80 m. A, zapomniałam, tacy stoją po drugiej stronie platformy i mają cię za wariatkę, kiedy wpatrujesz się w nich dobre 10 sekund.

Ale najśmieszniej jest, kiedy spojrzysz na tłum podróżujących z nieco innej perspektywy.
Naprawdę podróżowanie tramwajem jest śmieszne.
Ludzie podróżujący tramwajem są śmieszni.
A ja razem z nimi.




Podróżujemy razem, a jednak osobno. Łączy nas niechęć do życia w poniedziałkowe poranki i zmęczenie w środowe wieczory. Podróżujemy w te same kierunki, ale nasze cele są tak różne.
Jesteśmy tam razem, a każde pogrążone w swoim świecie, w swoich myślach.
Jedni słuchają muzyki, drudzy czytają książki. Mało kto się śmieje.
Każde w swoim mikroświecie, z którego wypada, gdy  niechcący naruszy prywatność drugiego.
Jesteśmy tak blisko, a tak daleko. Kiedy jest tłok i uświadamiasz sobie, że nawet z własną rodziną nie jesteś tak blisko. Ale jesteśmy sobie obcy.
Jak zniewoleni,  apatyczni, popadający w marazm. 
A z tych przemyśleń wyrywa mnie miły głosik: „bileciki do kontroli”…
Nowy cykl powstał po to, żebyście przestali mieć wyrzuty sumienia z powodu oglądania zbyt dużej ilości seriali. 
Ja osobiście lubię je oglądać. Z morałem, bez morału, idiotyczne i te całkiem życiowe.  Jestem typem człowieka, którego refleksje nachodzą nawet po wysłuchaniu najbardziej dennej piosenki disco polo. Więc nie mam też problemu z wyszukiwaniem przesłań z seriali. I chcę się nimi podzielić z wami, właśnie dziś, właśnie teraz.


Jeżeli nie oglądałeś/aś  serialu ,,Suits", to koniecznie musisz to nadrobić tak jak ja. Jeśli jednak nie macie na tyle wolnego czasu , żeby obejrzeć 4 i pół sezonu w przeciągu tygodnia, niech wystarczy wam moja notatka. Serial chociaż jest stricte prawniczy i połowy spraw nie rozumiałam ( wcale nie dlatego, że przez połowę czasu trwania odcinka zachwycałam się tym jak przystojny jest Harvey Specter), jest super. Opowiada o prawnikach korporacyjnych, a w szczególności dwóch… to znaczy w zasadzie jednym, bo ten drugi prawnikiem tak właściwie nie jest.  I cały sęk w tym, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Kiedy dwóch głównych bohaterów nie zajmuje się ukrywaniem tej tajemnicy, pracują nad niezwykle trudnymi sprawami albo zajmują się ratowaniem firmy przed atakiem czyhających za każdym rogiem hien. I tworzą całkiem niezły team.


Czego możesz nauczyć się z serialu ,,Suits"?

1. Nie buduj niczego na kłamstwie
      Chociaż z początku wydaje się, że to właśnie kłamstwo zapewniło głównemu bohaterowi- Mike’owi zmianę życia o 180 stopni, to w dalszych odcinkach widzimy, jak może szybko zakłócić spokój. Nie ma co kłamać, bo kłamstwo i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw. A nawet jak nie wyjdzie, to tak się trzeba namęczyć i nakombinować, żeby utrzymać je w tajemnicy, że po prostu nie warto.

2. Bądź pewny siebie
        Na czym polega fenomen Harveya Spectera? Czym różni się od innych prawników? Pewnością siebie. Ogromem, może i przerostem ego, ale w jego przypadku przynosi  to sukces. Harvey jest świadomy swojej wartości i wie, że wszystko zależy od niego. Nie od losu, nie od innych. A jego ulubionym powiedzeniem jest: "What are your choices when someone puts a gun to your head? You take the gun, or you pull out a bigger one. Or, you call their  bluff. Or, you do any one of a hundred and forty six other things.". 

3. Bądź lojalny
 Tak, w tym serial największym i najlepszym nauczycielem jest Harvey Specter. Kolejną rzeczą, którą można się od niego uczyć jest lojalność. Harvey wie, że możesz kogoś nie lubić, nie przepadać za nim, ale jeśli ktoś jest wobec ciebie lojalny, ty wobec niego też musisz. Dla niego w przyjaźni najważniejszą wartością jest lojalność.

4.Przysługa za przysługę
To nieco nieetyczna lekcja, ale w życiu trzeba sobie radzić przecież. Najważniejsze to mieć na kogoś haka. Nie no, dobra. Chociaż tak zostaje rozwiązanych większość spraw w serialu, to obróćmy to w nieco korzystniejszą radę: przysługa za przysługę. I to jest powód dla, którego miał byś pomóc drugiej osobie. Nie pytaj co będziesz miał z tego teraz, tylko pomyśl, że kiedyś ty też możesz potrzebować pomocy.

5. Dobry garnitur robi różnicę
 Kiedy pójdziesz załatwiać ważną sprawę  w kiepskim ubraniu, prawdopodobnie nie odniesiesz sukcesu, ale jak już ubierzesz się w ciuchy rodem z wielkich, paryskich domów mody to już co innego. A tak naprawdę. Jak chcesz żeby cię szanowali. Uszyj garnitur na miarę

.
a Wy oglądaliście kiedyś ten serial? A może się skusicie? :) 

Cały czas myślałam, że perfekcjonizm jest spoko. Że to przecież dobrze, że starasz się zrobić coś najlepiej jak tylko potrafisz. Od początku do końca. Że to właśnie tacy ludzie odnoszą sukces, kiedy robią wszystko porządnie.  A później czytając ,,Dżumę” Camusa zrozumiałam w czym tkwi problem ludzi z tą przypadłością. I zrozumiałam, że ja też cierpię.


Nie wiem czy przeczytaliście książkę ,,Dżuma" albo czy streszczenia były na tyle dokładne, żeby poświęcić wzmiankę o postaci Josepha Granda. Zwykły urzędnik, który uwaga, pisze powieść. Tak bardzo chce zachwycić swoich przyszłych czytelników, że ciągle poprawia pierwsze i jedyne zdanie, które udało mu się napisać. Ciągle robi poprawki, ciągle coś zmienia, żeby jeszcze ulepszyć swoje dzieło. Tak bardzo jest pochłonięty chęcią stworzenia wielkiego dzieła, że zapomina, iż w ten sposób nie jest w stanie ruszyć do przodu. Bardziej dobitnie ten problem przedstawiony jest w filmie ,,Whiplash”, gdzie mamy do czynienia ze skrajnym perfekcjonizmem.


Czym tak właściwie jest ten perfekcjonizm?
To postawa ludzi, którzy odczuwają potrzebę wykonywania wszystkiego na 100%. Inaczej nie będą zadowoleni z siebie.  Stawiają sobie wysokie cele, które czasem są ciężkie do osiągnięcia. Dbają o szczegóły, zapominając o istocie. Porównują się z innymi i czują się źle, kiedy ktoś osiągnie sukces. Nie chcą się przyznać do błędu, bo będzie to oznaka ich słabości.  Sprawdzają po kilkanaście razy czy aby na pewno wszystko dobrze zrobili. A nawet jeśli zrobili coś dobrze, woleliby to zrobić najlepiej. 
Kiedy już im się nie uda, czują się bezwartościowi. Lęk przed popełnieniem błędu działa na nich destrukcyjnie. 
Jeśli brzmi to znajomo, zapraszam na test

A później pomyślałam o sobie. O tym, że ilekroć siadałam z zamiarem napisania wypracowania na kolejny błahy szkolny temat, chciałam zrobić to najlepiej jak potrafię, jak tylko się da. Czy to coś złego? Ależ skąd. Tylko zawsze wtedy się zamykałam w schemacie: najpiękniej jak się da. Czułam się ograniczona i stłamszona myślami: przecież umiesz dobrze pisać, więc musisz zachwycić. W rezultacie zamiast czuć radość z pisania z tego, co w miarę mi wychodzi, czułam, że znów nie podołałam. Że kolejny raz ktoś dla kogo pisanie wcale nie jest ważne, zrobił to lepiej ode mnie, użył lepszego sformułowania, lepszego argumentu i zastanawiałam się, dlaczego ja na to nie wpadłam? Może dlatego, że ciągle zastanawiałam się jakich słów użyć, jak zachwycić, podczas gdy pomijałam to co najważniejsze.

Przypomniałam sobie te wszystkie chwile, kiedy rozpoczynając nową rzecz, miałam w głowie finalny obraz. Mnie, która odnosi sukces, jest w czymś dobra. A kiedy coś mi się nie udało od razu, myślałam, że jestem beznadziejna, że się do tego nie nadaję. Bo kiedy JA coś rozpoczynam, do czegoś się zabieram, muszę od razu to umieć, muszę od razu być najlepsza. Tak było z fotografią, pieczeniem i wszystkimi pasjami, które po pierwszych niepowodzeniach rzucałam. Bo ja nie mogę być przeciętna. I w rezultacie stałam się szarym człowiekiem bez pasji.  Pewnie z blogowaniem też tak będzie. 

Jest tyle rzeczy, których chciałabym spróbować w życiu, ale co jeśli się nie sprawdzę? Dlatego nie pójdę na kurs fotografii, szycia, nie pójdę na wspinaczkę. 

Kiedy mówiono mi, że za bardzo przejmuję się szkołą, nie wierzyłam. Przecież wcale nie zależało mi na ocenach, a to, że jestem przygotowana na każdy przedmiot to dlatego, że mi to łatwo przychodzi i ja tak chcę, a nie MUSZĘ. Dopiero później, czyli jakoś mniej więcej teraz zrozumiałam, że ja nie mogłam pozwolić sobie na chwilę oddechu. Ja nie mogłam olać woku czy ekonomii, chociaż do czego mi to było potrzebne? Nie, ja musiałam, ciągle musiałam być ponad. I chociaż mówiłam: nie, oceny nie są dla mnie ważne, to czasem czułam zazdrość, jak tylko ktoś dostał wyższą ocenę. 
A ile razy prace na zajęcia artystyczne robiłam na ostatnią chwilę tylko dlatego, żeby móc zwalić winę na niewystarczającą ilość czasu a nie na to, że po prostu nie mam umiejętności. Tak było zawsze. Ta presja, że musi wyjść dobrze skutecznie mnie zniechęcała i sprawiała, że odkładałam wszystko na później. 
Wszystkie decyzje, które muszę podjąć są przeanalizowane na wszystkie możliwe sposoby po czym i tak nie umiem wybrać najlepszej opcji, bo czegokolwiek bym nie wybrała okazuje się, że ta której nie wybrałam, byłaby lepsza. 

A teraz zdałam sobie sprawę o ile piękniej by się żyło bez całej tej presji, bez słowa ,,muszę" i myśli z tyłu głowy, że każdy mój ruch musi zaprocentować i zmienić się w sukces, że nie mogę być przeciętniakiem, że muszę być najlepsza.


Tak, jestem trochę perfekcjonistką i nie jest mi z tym dobrze. Więc uczę się żyć na nowo. Zamieniając ,,muszę” na ,,chcę”

Używanie wyszukanego słownictwa ma wiele korzyści. Z jednej strony możesz zaskoczyć znajomych i nauczycieli znajomością niebanalnych wyrazów, dzięki czemu masz +100 do elokwencji. Z drugiej strony, jeśli Twoim rozmówcą jest osoba, której z chęcią byś się pozbył i nie masz ochoty z nią dyskutować, wystarczy użyć kilku trudnych słów i voilà! Dlatego przedstawiam Wam listę 10 trudnych słów. Zabierajcie się do czytania!





1. Dywagować 

Nie bez powodu zaczęłam właśnie od tego słowa <patrz nagłówek i adres bloga>. Dywagować oznacza odbiegać od głównej myśli, tematu, wypowiadać się długo i rozwlekle. Często używany odnośnie do snucia refleksji i rozważań. 
Synonimy:  rozwodzić się, rozpisywać się, rozprawiać, odbiegać od tematu, długo opowiadać, pisać nie na temat, długie rozważania.



2. Populizm
Słowo, które wiąże się najczęściej z polityką i często wymawiane na kanałach informacyjnych przez ludzi z  tej grupy. Jest to postawa polegająca na głoszeniu idei i poglądów zgodnych z oczekiwaniami społeczeństwa w celu uzyskania poparcia. 



3. Cynizm
Najczęściej słyszane w serialach, często w postaci: ,, nie bądź cyniczny!". Cynik to osoba podważająca wyższe wartości i normy, która wątpi w altruistyczne motywy postępowania.
Synonim: szyderstwo, uszczypliwość, złośliwość. 



4. Prokrastynacja
To po prostu leniuchowanie i odkładanie wszystkiego na później ujęte w ładne i naukowe pojęcie. Uwaga! Od niedawna uznana za zaburzenie psychiczne, ale bądźmy szczerzy, czasem każdego to dopada.



5. Ambiwalencja
Jest to jednoczesne występowanie pozytywnych i negatywnych odczuć w stosunku do jakiegoś obiektu lub osoby. Ja jestem ambiwalentna w stosunku do niedzieli. Z jednej strony jest fajna, bo to wolny dzień, a z drugiej stron wyczuwam nadejście poniedziałku. I o ile w wakacje nie sprawia mi to problemu to w rok szkolny owszem. 
Synonim: niejednoznaczność


6. Eudajmonizm
Tego słowa to nawet ja nie znałam, a co więcej nawet nie potrafię go wymówić, tym  bardziej musiało się tu pojawić. A więc zapamiętać: eudajmonizm to pogląd, według którego najwyższym celem życia jest osiągnięcie szczęścia. Chyba jestem eudajmonistą. 



7. Konformizm
To kolejne zagadnienie z działu psychologii. Właśnie szczególnie je lubię, bo zwykłe zachowania ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień, (nie z ludźmi tylko z zachowaniami!) są tak ładnie nazwane, jednym słowem. Z tym wyrazem pierwszy raz spotkałam się przy okazji omawiania ,,Tanga" na lekcji polskiego. Konformista to człowiek, który bezkrytycznie podporządkowuje się poglądom i zasadom, które obowiązują w danej społeczności. Często popiera tę grupę, która akurat ma przewagę nad innymi. Z ty wyrazem powiązane są: nonkonformizm i antykonformizm. 
Synonim: uległość, oportunizm, ulegający wpływom. 


8. Pejoratywny
 A tu bez zbędnych dywagacji pejoratywny to po prostu słowo o negatywnym znaczeniu



9. Spolegliwy
Może nie jest to trudne słowo, ale jak dla mnie dość zaskakujące w znaczeniu. Bo spolegliwy wcale nie oznacza, jakby się wydawało osobę, która jest uległa (choć potocznie już powoli tę wersję się przyjmuje), ale osobę na której, można zawsze polegać i wzbudzającą zaufanie.


10. Perorować  
Oznacza wygłaszanie długiej mowy z pouczeniem. Czyli to każda przemowa mamy na temat: dlaczego nie wolno kłaść zbyt wielu naczyń na suszarce. 






,,Wychodzę choć nie chcę spojrzeć na
Chemiczny świat."

Kiedy uliczny gwar już przycicha, a świat spowija się ciemnością, każdego z nas czasem dopadają mroki myśli. Przychodzą niespodziewanie i chwytają mocno za serce, umysł, nasze wspomnienia i wszystko co ma dla nas wartość. Są mocne i znacznie silniejsze niż za dnia, bo nasze zmysły się wyczulają. Powodują ucisk w sercu, bezsenność i próbują wycisnąć z ciebie łzy. Po co one przychodzą? Mają nas złamać? Nie, przecież one są w nas cały czas. Towarzyszą nam w drodze do pracy, szkoły, na imprezie, na zakupach, ale spychamy je na boczny tor, bo bieżące wydarzenia współzawodniczą o nadanie statusu priorytetu. Może to i lepiej, inaczej zwariowalibyśmy ,kwestionując, czy aby jedzenie śniadań czy picie kaw ma jakiekolwiek znaczenie w obliczu ulotności. 

Ja wiem, że ty też masz takie chwile. Kiedy leżąc w łóżku w sytuacji, którą niemal nieustannie powtarzasz od lat, nagle coś dzieje się inaczej.  Niespodziewanie dopada Cię myśl, czasem wraz z nią wypełnia cię poczucie lęku. Tylko że ludzie mówią na to zwykle: nie mogłem spać. Bezsenność bierze się z myślenia. Twoją głowę wypełniają różne myśli, a sen schodzi na dalszy plan. W ogóle nocą wszystko toczy się inaczej. Rozmowy są szczersze, marzenia realniejsze, a lęki silniejsze. 

I ja też mam takie chwile. A kiedy bezsenne noce przestały mnie przerażać, polubiłam  patrzeć na gwiazdy i wyobrażać sobie, że te moje chwile to kadr z filmu. A tym filmem chciałabym się móc z kimś podzielić, opowiedzieć, podzielić się swoimi myślami. Bo to oznaczałoby dać siebie. Powiedzieć to, co czujesz, to co myślisz, czego się boisz i pragniesz. To intymniejsza rzecz niż w sensie cielesnym. Gdyby ktoś powiedział: ,,daj mi siebie, chcę cię'' to wtedy, zamiast oddać mu swoje ciało, oddaj mu swoje myśli. Wszystkie. Ja zabrałabym go na polanę i powiedziała  to wszystko, co dopada mnie nocą z częstymi przerwami na płacz, którego wyjątkowo bym nie tłumiła. 



Dlatego noce są zbyt piękne, żeby je przesypiać.

Wrzesień. Nowy rok szkolny. A wraz z nim setki, tysiące, dziesiątki tysięcy uczniów, których łączy jedno słowo przyprawiające o przyspieszony puls i zimny pot: MATURA. Egzamin, który w ciągu całego szkolnego życia, raz po raz przewijał się w najgorszych koszmarach i godzinnych (no dobra, pięciominutowych) kazaniach nauczycieli o negatywnym, końcowym rezultacie nieuctwa. Dla jednych przepustka do lepszego życia, dla drugich wojna, z której mogą nie wyjść cało. Korzystając ze swojego doświadczenia, które nabyłam w zeszłym roku szkolnym (moim ostatnim- sad:( ), przedstawiam Wam porady: JAK MIEĆ MATURĘ I NIE ZWARIOWAĆ. 





1. Zacznij się uczyć z odpowiednim wyprzedzeniem.
Przede wszystkim przestań się łudzić, że przygotowania do egzaminu zaczniesz już we wrześniu. Nie ma sensu niepotrzebnie obarczać się poczuciem winy i katować wyrzutami sumienia. Zapewniam Cię, że na głowie będziesz miał tysiące innych problemów takich jak: studniówka, studniówka,  jeszcze raz studniówka, globalne ocieplenie i głód na świecie. Nie mniej jednak, warto sprawdzić terminarz, kiedy nastąpi sądny dzień i wyznaczyć w kalendarzu odpowiednią datę zaznaczoną na czerwono z napisem: deadline. Wtedy to grzecznie bierzesz książki i zakuwasz. I nie ma, że boli. Najlepszym czasem zwykle są: ,,po studniówce", ferie, albo na przykład tydzień przed maturą.

2. Pokazuj innym swoje postępy
Przeczytałeś pierwsze zdanie podręcznika? Zaznajomiłeś się z datą wydania Twojego nowego przyjaciela- vademecum? Świetnie! Pamiętaj, żeby wrzucić na instagrama zdjęcie repetytorium, bądź innego atrybutu maturzysty pokazując, jak ciężko się uczysz. Nie możesz zapomnieć o stosownych hasztagach: #maturatobzdura, #study, #takbardzosieniechce, #nauka, #exam. W ten sposób na pewno zmobilizujesz do nauki niejednego kolegę.

3.Koncentracja
Kiedy już poczujesz w sobie tę moc ( stosowne jest zanucenie w tym momencie tej piosenki) i będziesz miał zamiar się pouczyć, pozbądź się rozpraszaczy. Posprzątaj dom, umyj okna w całym mieszkaniu, pomaluj ściany i koniecznie zrób porządek w mejlach. Wszystko zrobione? Teraz już śmiało możesz  się iść uczyć, będąc pewnym, że nic Cię już nie rozproszy. No, chyba że nowy kolor ścian będzie tak niesamowity, że będziesz się w niego cały czas wpatrywał. 

4.  Mam maturę, mam prawo!
Mama prosi Cię o zrobienie zakupów? Powiedz, że w tym roku masz maturę. Tata chce, żebyś pomógł mu posprzątać garaż? Ok, ale masz tyle nauki i jeśli chcecie mieć czysty garaż za cenę niezdanej matury to proszę bardzo!
Nigdy nie będziesz bardziej pobłażliwie traktowany w obowiązkach domowych jak w klasie maturalnej, więc wykorzystaj to!

5.Czas na relaks
Zakuwasz już od kwadransa? To oczywiste, że należy Ci się przerwa. Pamiętaj, że nie samą nauką żyje człowiek. Świat nie runie, jeśli pójdziesz na imprezę w piątek, sobotę i niedzielę. 

6. Trochę sportu
Pamiętaj, żeby pomiędzy nauką robić przerwy na aktywność fizyczną. Godzina nauki, maraton, triathlon, medal na igrzyskach olimpijskich i znów można wrócić do podręczników. 

7. Odpowiednie odżywianie i nawodnienie.
W okresie wzmożonego wysiłku intelektualnego młody organizm potrzebuje dostatecznej ilości witamin i w ogóle jedzenia, dużo, dużo. Ponieważ wielce prawdopodobne jest, że już po 5 minutach nauki zrobisz się głodny, albo będzie Ci się chciało pić, zaopatrz się ulubione dania i przekąski: pizza, chipsy, żelki, frytki, kebab, cola i jedno jabłko. Pamiętaj, żeby nie przesadzać z owocami, bo  nadmierna ilość fruktozy może szkodzić. 

8. Spokój
Do matury został jednej dzień, a ty ciągle jeszcze nie zacząłeś się uczyć? Daj spokój i tak już nic nie zrobisz. Po prostu wrzuć na luz. 


Tak na serio: matura jest przereklamowana i nie ma sensu się nią aż tak bardzo przejmować :)
A jakie Wy mieliście/ macie sposoby, żeby przetrwać klasę maturalną? 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Blogger templates